sobota, 18 stycznia 2014

Dopiski do "Wywoływanie duchów"

-Trzeba poprawić zakończenie o popielniczce -  Myślała zaintrygowana Gwen po przeczytaniu tekstu, który właśnie zamieściła na Blogg'u.
Żeby podnieść temperaturę przez kontrast może być dla przykładu; 

- A co rozmarzła? - zapytała Gwen analizując napiętą twarz Gregora. 
- Kto miał rozmarznąć? - zapytał przystając w pół kroku?
- Przecież pytam o popielniczkę.
Dalej należy się drobna korekta kontynuowała Gwen zaznaczając moment w tekście, który należało poprawić.
Lepiej będzie;
"...Kachna pomogła jej zamontować ... co wydało się bardzo proste..."

...

- Coś trzeba wyprostować z tym siniakiem,  bo pogmatwane... 
...
można zaznaczyć, lub powtórzyć, że itnieje jeszcze dziewięć sił jakie są dużo skuteczniejszą drogą dla Gwen niż przedstawiony przykład, ale że jest to alternatywna metoda radzenia sobie z sytuacją... oraz metoda drugiego policzka, o ile jest skuteczna a także jest jeszcze i to, że w ramach zemsty można sobie uświadomić, że grzeszny ...pokutnik sam sobie i na własne życzenie montuje piekło.... 
w ogóle trochę prześwietlić bo za mało świetlisty kawałek za bardzo umoralniający - ale to się zrobi w następnym odkryciu już po złożeniu pierwszego tomu... 

W kawałku gdzie dzieci przychodzą ze szkoły można wkleić kilka pytań dzieci, żeby bardziej zaciekawić przerwanym i chwilowo powstrzymanym wątkiem np; 


- Czy chmury są w dziurki tak jak prysznic? 
- A czemu jest cisza albo hałas?

- Z dziećmi się dogaduję i na prawdę umię im to wszystko logicznie wytłumaczyć -  myślała - ale to takie wstawki na potrzeby tekstu.... Pytaniami dzieci mogą zamurować i rozśmieszyć, dla wzmożenia efektu w dalszym ciągu tekstu; absurd, kontrast, pełna abstrakcja, odlot, paradoks i tak dalej..


-A czy cytryna ma nóżki?  - to chyba było w jakimś tekście ze wspomień Beci? zastanowiła się Gwen - Ale przecież ja mam swoją bardzo fajną klasykę rodzinną; 

- Mama czy krasnolutki są na świecie? - swego czasu pytała Lylli.
-Jeżeli w nie uwierzysz córeczko, to są - odpowiadała Gwen ze spokojem. 
Yanna natomiast miała zwyczaj zaczynania swoich opowieści od; 
-"...Jak byłam duza...." /(duża)
W takim wypadku Gwen milczała przychylnie, wiedziała, że nastąpi kontynuacja. Zawsze bez pytań oczekiwała dalszego opowiadania i wówczas Yanna zaczynała opowieść tak jakby sprawdzała, czy może to co ma do powiedzenia zainstalować w wymiarach otaczającej ją rzeczywistości. Miała wówczas trzy latka. Adekwatny wiek pytania Lylli o krasnolutki. 
 Yanna po sprawdzeniu czy  jej początek opowieści został przyjęty i zaakceptowany zaczynała; 
- "...Jak byłam duża to leżałam na piasku pod wodą i do góry z mojej buzi leciały bąbelki, dużo bąbelek, a nad wodą wszędzie dookoła był duży, bardzo duży ogień..."
Sceny jak z filmów sensacyjnych wywoływały chodzące dreszce na ciele młodej mamy zaaferowanego opowiadaniem maluszka.

Do "Wywoływania duchów" - wróciła myślami Gwen dla podtrzymania kontynuacji wątku -  muszę dopisać jeszcze kawałek o tym jak to Yanna wówczas kilkuletnia uczennica szkoły podstawowej...- zdaje się, że była w drugiej klasie. Wypożyczała z pobliskiej biblioteki mnóstwo książek o dawnych wierzeniach, kutlach i religiach. 
Na prawde wkręciła się w religię "Wyki" zdaje się. 
Coś o tradycjach Druidowskich, Wikingach i Celtach...
Uznałam to za fazę przejściową i po prostu obserwowałam rozwijanie się  jej zainteresowań - przypomniała sobie Gwen. 
Pewnego razu namówiła swoją starszą siostrę Lilly i jej starsze o trzy lata koleżanki a także kilka swoich koleżanek ale przeważnie to były paczka starszych koleżanek Lylli powiedzmy, że były cztery koleżanki Lylli, które dobrze pamiętam i dwie Yanny (tak jakoś mi się kojarzy), ale dla potrzeb opowiadania opiszę może trzy przyjaciółki Lilly i jedną
Yanny. Będę musiała zamieścić ich sylwetki, to będzie bardziej przekunujące i wiarygodne, bo dalsza część opowiadania będzie potrzebowała zakotwiczenia w realności - cyzelowała swoje plany Gwen świeżo powstający zamysł. 

 W każdym razie poprosiły mnie o mnóstwo kocy, wyjaśniając, że chcą zaciemnić okna na chwilę dla celów zainstalowania nocy w środku jasnego dnia. 
Zawiesiły te koce na dużym oknie w sypialni Yanny i zamknęły drzwi. 
Ingerencję zawsze zostawiałam sobie w razie konieczności.
Uważałam, że przez zabawę dzieci się rozwijają i muszę mieć swobodę o ile takiej się domagają - kontynuowała pisząca. 
Jakoś dość cicho się bawiły, ale pomyślałam sobie, że bawią się w noc i zasnęły lub udają, że śpią. 
Po jakimś czasie odezwał się straszny tumult, przerażone wrzaski i piski. Drzwi się otworzyły ba rozwaliły z impetem, prawie wyłamały z zawiasów z trzaskiem zatrzymując się na ścianie przedpokoju i dziewczyny z okropnym przerażeniem na twarzach, bledsze od ścian, pomimo, że dwie starsze były czekoladowe a jedna nawet ciemniejsza niż czekolada, ale i tak niebieskie lub zielone od spodu w ściągniętych rysach ... więc z przerażeniem na twarzach, w panice trudnej do zdefiniowania z niesamowitym terrorem w swoich sylwetkach zaczęły wybiegać z pokoju, bez zatrzymania się przebiegły przez stołowy i otwarty salon i wybiegły do drzwi wyjściowych...
W panice i w pędzie zupełnie zignorowały moje zdziwienie, ba zapomniały o możliwości mojego istnienia. 
To co pamiętam to rozgardiasz, rwetes, rejwach, pomieszanie z poplątaniem, moją całkowitą bezużyteczność i bezradność... coś  co można by określić zapewne mianem sądnego dnia.
Na schodach rozledł się huk, wrzawa, zgiełk, kakofonia tragicznie nasilonej mieszaniny gwaru, hałasu i bezładu, chaos... 
Jakiś niesamowity harmider, szum i kocia muzyka, piski i mętlik, bezład, zamieszanie i zamęt, galimatias...krzyki, piski, wrzawa, zgiełk i rumor

Wiedziona ciekawością i zdziewieniem weszłam do pokoju Marianny - relacjonowała swoje wspomnienia Gwen. 

Okno było nadal zawieszone kocem w kratę przysłanym lub przywiezionym przez Myszkę z Polski. 
Jeden róg koca opadł i przez to do pokoju sączyło się rozsłonecznione światło rysując w szarości pokoju charakterystyczne smugi z widocznymi drobinkami wirującego kurzu. Drobinki  wesoło się kręciły w całkowitym kontraście z tym czego byłam świadkiem dosłownie przed chwilą. To znaczy drobinki kurzu były widoczne w jaśniejszych partiach owych smug.
W ciemniejszych partiach i bardziej przez to możliwych do zaobserwowania częściach pokoju stolik nocny był odsunięty od łóżka przewrócony na płasko i nakryty dużą płaską tekturą ze sztywnego kartonu. Całość nakryta była kocem. Na krciastym kocu podobnym do tego jaki zasłaniał okno poustawiane były wygasłe wciąż jeszcze dymiące świeczki na spodeczkach. 
Zapach rozgrzanego wosku i przyciemnionego sztuchnie pomieszczenia miał próżniową atmosferę pustki czy jakby trochę powiekszonych rozmiarów... 
Panowała zalegająca cisza. Było zadziwiająco czczo i zdumiewająco obco pomimo, że przecież nadal to był pokój mojej młodszej córki udekorowany w/g dyrektyw jakie sobie wymyśliła.
Był skrytką dla ninfy podwodniej. Wszystko było w różnych odmianach zieloni, lazurów, turkusów, aż po niebieskości i ultra marynę... Wszędzie wzory o bogatej tematyce tropikalnego życia podwodnego. Kilka wypchanych zabawek i dwa duże białe niedźwiedzie z pluszu w powykręcanych i mało naturalnych pozach walały się w nieładzie i jakby porzucowne w panice, reszta jak zawsze. 
Fotel przy biórku przewrócowny; trudno określić czy specjalnie czy w skutek zamieszania w ostatniej chwili. 
Stałam jeszcze w pokoju, gdy usłyszałam, pod otwartym balkonem, głosy wracających moich córek. Trudno określić o czym mówiły, ale wiedziałam, że głosy należą do moich dzieci.
Przejęła mnie melodyka brzmienia ich głosów - to było zatrwożenie i ostrożność.  
Pojawiły się w pokoju gościnnym cicho i z namysłem zamykając za sobą drzwi wejściowe , go którego w Stanach wchodzi się bezpośrednio z klatki schodowej. Były blade i poruszone, bardzo delikatne i kruche, bezradne i szukające oparcia... Jedna usiadła na fotelu w oniemiałej pozie druga na tapczanie. Obie miały mało obecny wzrok i co rzadko się zdarzało. Obie  milczały jak zaklęte, ale widać było, że wolałyby prawdopodobnie obie się rozpłakać. 
Jakoś udało mi się nawiązać z nimi dialog, ale całości historii z detalami jak z sensacyjnego filmu dowiedziałam się od młodszej latorośli kilka lat później. 
Otóż zabawiły się w wywoływanie duchów i udało im się ... wywołać ducha.
Podobno w rogu pokoju pojawiła się lawina biały dużych otoczaków. Po tych kamieniach schodził w ich stronę duch we fioletowej poświacie, cały biały w białym powiewnym całunie.
Podobno zrobiło się zimno i trochę wietrznie pomimo, że powietrze zamarło dookoła. 
Podobno najpierw wszystkie zesztywniały a potem optrzytomiały z odrętwienia co niektóre i zrobiły tumult i zaczęły wydobywać z zaciśniętych gardeł krzyk grozy i przestrachu. W panice przewróciły fotel, ale uciekały jakby ten duch zamierzał ich gonić. 
Podobno w książce, którą się posłużyły jako podręcznikiem pisało, że jeżeli duch był biały otoczony fioletowym kolorem, to zarówno dom jak i wywołujący są bardzo czyści i bez obciążonych sumień.
- Wiadomo, przecież to były dzieci - wyjaśniła sobie Gwen.  

Swoją drogą ciekawe, czy w tej chwili pamiętają cokolwiek z tego wydarzenia?
Lylli ma doskonałą pamięć długodystansową analogicznie tak samo jak to jest w moim przypadku - dumała Gwen. Natomiast moja młodsza latorośl wszystko bardzo szybko zapomina, tak samo jak jej ojciec. 
O duchach mam jeszcze kilka rarytasów - skonstantowała się autorka tekstu.
Najlepiej gdyby książką zamykała się odcinkiem o duchach - dodała planując już z grubsza zaaranżowany kształt książki. 
Jest małe prawdopodobieństwo, żebym mogła znaleźć przestrzeń psychiczną i staminę oraz odpowiedni zakres sił, bo do pracy nad powieścią w czasie mojego wyjazdu. Do pisania muszę być przede wszystkim wypoczęta...
Muszę też ograniczać napływ zewnętrznych bodźców. Jak jestem sama mam za dużo wrażeń, a co dopiero, gdy trzeba włączyć większą ilość osób i w dodatku akcję, za którą trzeba nadążyć. Na wszystko potrzebna jest energia i siły a pisanie to bardzo intymne i idywidualne zajęcie. 
Po powrocie zacznę to co wyprodukowałam dotychczas składać w całość i dopieszczać, byle by tylko uratować i pozostawić świeżość. 
Jutro mam odlot o 10 : 40.
Będę w Dublinie około południa, zanimi dojadę na miesjce to będzie czas późnego lanczu. 
I już będę całować i tulić moją wnusię o ile mi na to od razu pozwoli. 
Jest małe prawdopodobieństwo, że mnie pamięta... - dumała Gwen. 
Jest małe prawdopodobieństwo, że mnie zapamiętała po ostatniej wizycie ze swojego głębokiego letargu, kiedy jeszcze miała małe pojęcie o tym, że się urodziła i żyje i jest między nami... 
Tak myślę sobie, że będzie to dla niej dziwne, że pojawię się w jej bezpośrednim otoczeniu w trzech wymiarach i naturalnej kubaturze. Babcia Gwen wylezie z ekranu. 
Zulka jest bardzo delikatna i strachliwa. Dla przykładu zaczęła histerycznie płakać jak udało jej się złapać okulary Lylli i je prawie ściągnąć. Prawdopodobnie myślała, że zdjęła część twarzy swojej mamie. Kiedyś też wpadła w histerię, gdy uświadomiła sobie, że raz jestem większa a raz mniejsza to znaczy raz obrazkiem na telefonie to znów na ekranie kompa. 

Muszę więc bardzo ostrożnie i powoli się zainstalować w jej otoczeniu.

Może to być dla niej doświadczenie z rodzaju wywoływania duchów. 










piątek, 17 stycznia 2014

Wywoływanie duchów

- E tam Gweno, na pewno coś pokręciłaś...
No tego to już było pod szczyt zamiast ją pocieszyć to jej rozmówca śmiał wątpić w rzetelność jej przekazu; 
- Sam kręcisz, bo masz małe pojęcie jak prawidłowo zareagować - wyrypała Gwen bez ogródek i zastanowienia. 
- No może masz i rację, ale skoro sama mówisz,  że to jest w przypadku wszystkich to znaczy,  że wszystkich Gwena. 
- Tyle razy Tobie tłumaczyłam, że zarówno Gena czy bardziej prawidłowo Gwen  to jest owszem przyjęta forma w języku polskim, ale znacznie starsza czyli bardziej prawidłowa forma i ta którą osobiście wolę to " Gweno" w wołaczu, więc proszę o ile to możliwe zwracaj się do mnie w wołaczu (!) - mówiła dobitnie nadmiernie podekscytowana. 
-Ze znanych mi języków tylko język polski i francuski ma siedem deklinacji w odróżnieniu od wielu języków słowiańskich posiadających sześć, więc byłoby mi bardzo miło gdybyś się mógł dostosować do mojej prośby - zażądała rozżalona Gwen. 

- Notorycznie zapomina jak się do mnie zwracać i potem jestem zmuszona go korygować wychodząc na jakąś małpę a w dodatku to po co do niego dzwonić jak i tak z góry wiadomo co się usłyszy - myślała rozjątrzona Gwen
- Dobrze Gweno - powiedział posłusznie Edwin czym rozzeźlił ją jeszcze bardziej to znaczy ponad zwykłą przeciętność... 

- ale zaraz dlaczego to wszystko dla mnie takie ważne? - dała się podnieść kojącej myśli

- Właściwie to i tak i tak do ziemi, naturalny proces... - usłyszała swój rozsądny głos. 
- Przecież wszystko się kiedyś kończy i zmartwienia z powodu zdrowia też - kontynuowała po przerwie na ochłonięcie i usunięcie obaw ze swojego systemu
- O widzisz... - podjął Edwin
- No tak tylko to tylko tak się mówi to my kobiety musimy chodzić w ciąży i rodzić i co miesiąc stawiać czoła huśtawce hormonalnej...
- Przecież Ty już masz spokój prawda? - chciał się doinformować Edwin
- Pod tym względem to na prawdę miałam i mam dobrze - wymsknęła się Gwen
- Rodzenie i chodzenie w ciąży to też zależy od każdej kobiety  - dodał refleksyjnie Edwin
- Gdybyś przechodził przez takie zapotrzebowanie jak my to byś sobie zdawał sprawę jak to jest; od tego trudno uciec - relacjonowała sięgając do pamięci Gwen
- To są potrzeby wynikające z uwarunkowań hormonalnych - macierzyństwo znaczy - wy macie większy wybór w zakresie ojcostwa - kontynuowała Gwen
- A co do kości, oprócz zębów to wszystko przecież normalnie - prawda? 
- No tak Dana - moja dentystka - powiedziała, że zęby pokazują prawdę o stanie okostnej i podobno u kobiet to się prędzej dzieje niż u mężczyzn... 
- A no widzisz; teraz rozumiem - połapał się Edwin
- Co rozumiesz? - zapytała Gwen
- No, że musicie rodzić i wszystko... - zaciął się Edwin

Gwen zakupiła małą kamerkę, małą jak główka szpilki z powodu bezbolesnej choroby wkładania rzeczy ważnych na strategiczne pozycje a potem szukania ich bez końca, bo zapominała gdzie generalnie genialnie obmyślona skrytka właściwie jest.  Wiedziała co schowała i dlaczego tylko gdzie?

Wiedziała też, że w jej przypadku wszystko jest możliwe. 
Swego czasu Gregor palił. Może i pali w tej chwili ale teraz to już mała wanna i tylko jego sprawa. 
Wówczas walczyła o czyste powietrze dla obu ich wspólnych córek i dla siebie, bo straszono skutkami dymu z drugiej ręki. 
Szukała popielniczki przez pół dnia, bo chciała ją wyczyścić, bo wciąż jej śmierdziało w mieszkaniu dymem z papierosów. 
Zrezygnowała zupełnie wyczerpana nakładem bezużytecznego wysiłku i wówczas otworzyła zamrażalnik po musiała zacząć przygotowywać objad i co? 
W zamrażalniku na poczytnym miejscu stała popielniczka z całą zawartością trucizny i odpowiedniego zapachu w stanie lekkiego zlodowacenia. 
- Pięknie - skomentowała i zaniosła popielniczkę do łazienki we wiadomym celu. 
Zabrała się przygotowanie posiłku.  
Dzieci przyszły ze szkoły. 
Potem Gregor z pracy.
 Zjedli co było do zjedzenia. 
Podziękowali i Gregor zaczął się rozglądać za popielniczką, bo chciał sobie dogodzić w utarty sposób. 
Znów zaczęło się szukanie popielniczki. 
Najpierw szukała ona sama.
 Potem we dwoje z Gregorem. Potem już wszyscy z czym Gwen kilkakrotnie sprawdziła w tajemnicy zawartość zamrażalnika i lodówki, szaf i szafek a nawet zajrzała do puszki z jedzeniem kocim. 
Gregor zdołał wypalić strząchając popiół z papierosa na cokolwiek. 
Rano chciał wejść pod prysznic i przejechał się na popielniczce. 
Zaliczył dość bolesny przysiad składany i poturbował plecy a praktycznie otarł sobie skórę z koralików grzbietnych. 
Zaklął głośno i ...
Po jakimś czasie gdy już ucichł cały raban oświadczył, że może sobie wsadzić swoje wredne przekręty gdzie jej jest wygodnie, bo on zamierza palić nadal. 

Gwen wiedziała o swoich talentach, które dotykały innych i dlatego kupiła kamerkę. 
Mieszkała sama i plony braku koncentracji na tym co akurat robi zbierała sama bez znieczulenia i asekuracji ze strony członków rodziny, którzy zawsze okazali się bardziej użyteczni w możliwości przerzucenia odpowiedzialności chociażby częściowej, niż można sobie wyobrazić; 
Hm... to już było jak Gregor odszedł w swoje osobne życie i w swoje sprawy... 
Za ciężko mu było. 
Uciułała na bilety i odłożyła sumę na wyjazd na wakacje do Polski dla siebie i dzieci. 
Impreza droższa niż droga ale warta całego wysiłku i wszelkich wyrzeczeń i nakładów. 
Jej dom należał do otwartych zawsze kręciło się w nim mnóstwo cudzych dzieci czasami wraz z rodzicami i rodzeństwem wśród jej własnych córek.
Tuż przed wyjazdem wymyśliły zabawę w listonosza, więc dała dzieciom stosik białych kopert, żeby zabawa byłą bardziej autentyczna. 
Znalazła nawet czapkę z daszkiem dla samego listonosza i zajęła się swoim zakresem obowiązków zostawiając dzieci i kontynuację zabawy strukturom bardziej kompetentnym od niej czyli woli dzieci lub kosmosów. 
Po jakimś czasie przyszła do niej Yanna z koperta wypchaną i bardzo grubą. 
Gwen myślała, że tam jest niespodzianka dla niej. 
Jakież było jej zdziwienie kiedy się okazało, że w kopercie jest cała suma odłożonej na wyjazd gotówki i trzy bilety w obie strony. 
O Glorio ~! 
Kurka złota...
Pamięta, że miała kłopot z orzeczeniem stanu emocji własnych; śmiać się płakać krzyczeć ze szczęścia czy po prostu ukochać i wycałować wszystkie dzieci. Zdecydowała się na ostatni wariant. 
Swoją drogą dzieci też dostarczały jej wspomnień i rozrywki. 
Kiedyś wpadła Olga - długoletnia koleżanka obu jej córek. 
Olga od razu podeszła do króla, który tylko tolerował ludzi zamieszkałych z nim i obcych, bo tak na prawdę to on rządził. 
Daj łapu~! - rozkazała kotu.
Pushe robił wszystkie wytrenowane sztuczki bez uzależnienia od języka, w którym padały komendy a dzieci różnej maści ćwiczyły na nim zakres swojej pozornej i tymczasowej władzy. 
Zabawne nawet było, że Pushe rozumiał w każdym języku a może umiał czytać myśli?
- O masz identyczne buty jak moje...- zagadnęła gościa Gwen
- Bo to są Twoje - odpowiedziała Olga zdumionej Gwen
- Ja sobie pożyczyłam je tylko - kontynuowała uszczęśliwiona Olga, że nareszcie ktoś zauważył jakiś element jej kreacji
- Kiedy? - zapytała Gwen 
- A jakieś dwa miesiące temu - powiedziała Olga zupełnie bez krępacji. 
- Jak to się stało, że uszło to mojej uwadze i dlaczego dowiaduję się o tym teraz? - chciała wiedzieć Gwen
- A powinnaś wiedzieć wcześniej? - zdziwiła się Olga... 

No więc, ponieważ jej życie należało do mniej poukładanych niż przeciętne więc z tego powodu Gwen kupiła sobie kamerki do domu. 
Kachna pomogła jej zamontować cały ten sprzęt, bo okazało się nad wyraz łatwe. 

- A w razie potrzeby przelecę filmik na kompie i wiem co robiłam po kolei to mi się przypomni co gdzie, kiedy i jak - analizowała zadowolona z zakupu, bo jak zwykle jej życie składało się z wielu dziur i luk i wypełnień o zakresach, których inni mieli małe pojęcie. 
Nauczyła się szanować swoje odjazdy na miotle lub w kosmosy chociażby na odkurzaczu, bo to była ona i nawet zdołała siebie zaakceptować i polubić w nietuzinkowym wydaniu.
 
Opanowało ją kolosalne zdziwienie, kiedy w zwolnionym tempie zmaterializował się Leon podkradający jej z szuflad z żywnością i z apteczki asortyment różny.  
- Czy on zwariował jak ma takie możliwości to niech idzie do Biedronki chociażby nocą albo gdzie go oczy zaniosą ale robić zamieszanie w domu bliskiej sobie osoby ?  - oburzała się Gwen
- Jak on śmie?~! - myślała oburzona do granic. 
- Pomyśleć, że ja na złodzieja doniczki ustawiałam pod oknami i dlatego, że są ładne... Przede wszystkim dlatego, że lubię kwiaty a przy okazji na złodzieja, włamywacza, złoczyńcę i przestępcę a tu proszę jaka niespodzianka...-  pomstowała Gwen i jak ja z tego bigosu mam teraz wyjść i to tak, żeby ocalić jego twarz? 
Doprowadzenie do konfrontacji było zbyt przykrym ewenementem  dla Gwen. 
Może jeszcze gdyby to dotyczyło normalnego śmiertelnika - człowieka znaczy ale Leon???
Leon??
 Leon, który ją podpierał od strony zasad moralno - etycznym, wskazywał jej drogę i był jej nauczycielem? 
Przecież musi być jakieś podwójne dno, jakieś wytłumaczenie? - dopominała się od czterech ścian natychmiastowych wyjaśnień 
Nawet jeżeli chciałby w ten dziwny sposób uczyć ją oszczędności czy nalewać rozumu do głowy to przecież sam twierdził, że fundusze, dobro, zdrowie, bogactwo i kasa jest w zaświatach w formie bez ograniczeń w nieskończonej możliwości udostępniania każdemu według potrzeb. 
- Co jest? (?)
- Może po prostu trudno mu jest poszukać tego czego mu w danej chwili potrzeba? 
- Albo może ... hmmmm... miała małe pojęcie co jeszcze mogłaby wstawić na usprawiedliwienie przejawów stanu chorobowego to znaczy  kleptomanii swojego przyjaciela z równoległej wersji kosmosu. 
- Ale z drugiej strony jaką on ma zwartość to znaczy koherencję pomiędzy tym co mówi tym czego uczy i to co praktykuje w realu? 
- A może się przekonał, że tu jest trudniej niż się tam wydaje?
- I jak działają te wszystkie jego wzniosłe prawa? - żądała natychmiastowego wyjaśnienia Gwen od wspomnianych czterech ścian. 
- A może on znów przeprowadza na niej doświadczenia w sobie wiadomym celu ? - chciała jakoś usprawiedliwić swojego kumpla i dotychczasowy wzór cnót i w ogóle ideał. 
Ale dzięki kamerce dowiedziała się więcej niż chciała. 
Wyjaśniła jej się budowa słowa Zło - dziej. 
Człowiek siejący zło i czekający na męki swoich ofiar. 
Poczuła się bezsilna ale zawsze w takich momentach na Leona miała swoją małą zemstę. Jako trampolinę dla wyjścia poza ramę złości uruchomiała wspomnienie i to całkiem świeżą historię ze znokautowaniem Leona przez Tryka. 
- W ostateczności tak miał odbite wszystkie cztery litery, że czarna masa a teraz mówił, że robi się fioletowawo - żółto - zielona i niebieskawa w tonach. Nawet ładne desenie w ładnie dobranych kolorach z punktu obserwacji przez wrażenia estetyczne,  że nadal woli przebywać w innych rejonach, chce poczekać na zewnątrz materialnej realizacji aż się ciało jego wygoi. 
- A co z doświadczaniem ludzkich zakresów? - dopytywała się zdziwiona Gwen 
- Przecież sam tego chciałeś ? - dodawała skwapliwie tak aby uniemożliwić łatwe wywinięcie się bez wytłumaczenia powodów tymczasowej dezercji. 
- To było na prawdę za trudne i za ciężki kaliber doświadczeń, za nagłe przejście - tłumaczył ale czuł się łyso i głupio co było widać po jego twarzy. 
- Zawsze jak tylko podniesie się mały kurz to ty zwijasz kitę i wio w zaświaty,  ładne mi doświadczanie naszych zakresów, chcesz tylko przyjemności i lekkiej i łatwej egzystencji - komentowała pełna  rozgoryczenia - a potem ja mam problem jak znaleźć siły na to aby po raz kolejny Tobie przebaczyć. - mówiła pełna goryczy. 
- A tego co wiem, to powinnaś mi przebaczać w kółko, bo to jest bardziej w Twoim niż w moim interesie, bo to jest Twoje życie. 
Ja tak czy tak wyjdę na swoje. Uczę się w przyspieszonym tempie. Jeżeli Ty będziesz o mnie myśleć wszystko co najlepsze to ja będę starał się dorównać Twoim wyobrażeniom o mnie w przeciwnym wypadku po co się starać w jakiejkolwiek formie? - mądrzył się Leon. 
Wiedziała, że mówił prawdę. Każdy chce wyglądać w najlepszym możliwym świetle w wyobrażeniach swoich bliskich i zrobi dużo, żeby do tych wyobrażeń o sobie u innych doróść lub co najmniej zmniejszyć przepaść. 
Wychodziła z dwóch płaszczyzn jednocześnie z jednej strony to była wiadoma sprawa przejścia przez kolejne odczucia od bezsilności i uświadomienia represjonowanej złości poprzez dorośnięcie do podjęcia ciężaru nienawiści czyli złość, wściekłość, szał, wzburzenie potem odwet, wendeta i pomsta oraz mała zemsta;" wszystko  z korzyścią dla innych i bez niczyjej krzywdy" słodki nieszkodliwy  rewanż poprzez frustrację, zbulwersowanie do irytacji czasami poprzez ironię i wyszydzenie, satyrę, sarkazm i cynizm oraz  humor  do nadziei.
 Z nadziei to już żabi skok do miłości a potem do spokoju i ukojenia w wiedzy.  
Właściwie to sama się uczyła praktykowania wymienionej skali. 
Wychodziła z rodziny, gdzie wklepano w nią i przyuczono do błędnego operowania narzędziem jakim jest odczucie złości. 
Wszyscy w jej środowisku używali złości jako agresji zamiast alternatywy pozytywnej czyli asertywności. 
Bała się złości i dlatego uciekała w zaświaty tam gdzie byłą nietykalna. 
Leon udzielił jej lekcji jak się z tego wywijać a teraz ją na swoim przykładzie przymuszał do zastosowania teorii w praktyce. 
Zaraz;.... 
Przecież to ten szelma podrzucił jej pomysł zakupu kamerek, a nicpoń... 
- Mam Cię!- powiedziała głośno. 
- Będę udawała, że odkładam oglądanie filmików tego co robię i kiedy, że niby od kiedy mam kamerki to znajduję wszystko - ty przebiegła kwadratowa wiśnio! - ulżyła sobie mimo wszystko. 

- A druga warstwa? - dotarło do niej 
Druga warstwa radzenia sobie z przeciwnościami losu takimi jakie chciał zaaranżować przebiegły gnojek~!... yhm - ale się przejedzie na swoim własnym fortelu a może ogonie. 
Więc druga warstwa spotyka tę pierwszą to była wersja życia we własnym piekle tego kto jest siewcą zła, bo sieje on to zło przede wszystkim na własnym ciele czyli we własnym życiu  i na użytek własnych przyszłych cierpień. 
I tu Gwen doznała olśnienia on chce zaznać cierpienia, żeby móc przejść przez proces odrodzenia czyli oczyszczenia ekstazy katharsis  czy nirwany czy wszystkiego razem, ale dlaczego jej kosztem?
- A niech szuka sobie innego obiektu - uznała Gwen po cichu... 

Doceniała każdy liść zarówno ten zielony w jej pokoju na roślinkach w doniczkach jak i ten żółty na dworze. 
Jarała się każdą krztą oddechu zarówno tą w swoim wykonaniu jak i przez każdy liść. 
Tym bardziej wiedziała, że jest silna własną wiarą we wszystko co najlepsze w człowieku nawet jeżeli od czasu do czasu bawi się w ducha. 

Cisza w Nowy Rok

Myślę sobie:
 - O, jak cicho... 
Potem zaraz sobie myślę; 
- Powinno być głośniej...(/)
Za chwilę nadal trwając w zdumieniu myślę; 
- Może tego roku ludzie bardziej zadbali o dobro królestwa ptaków, gęsi, kur, inwentarza, królików, psów, kotów i jakich jeszcze tam bądź pupilów na łasce i jej braku nas samych? - myślę...
- Ale zaraz, przecież zawsze okno w mojej sypialni jaśniało makoronem i deszczem kresek z dreszczen pióropuszy  w neonowych kolorach popartych kakofonią dźwięku i gęstniejącej chmury dymu o zapachu prochu. 
Po chwili wstałam, bo na prawdę jakoś brakowało mi corocznych ekscesów, na które przecież już chociażby z przyzwyczajenia czekałam. 
Spojrzałam w okno i nagle zrozumiałam; 
- To ta kolosalna chałupa za płotem zasłoniła szczelnie świat od południa i wshodu. 
- Z jednej strony to nawet dobrze - dodałam sobie animuszu. 
Z drugiej jakoś tak się zrobiło dziwnie jak w próżni i jakoś za bardzo czczo lub chłodno pomimo normalnej temperatury w okół. 
- Pusto. 
Jednak czekałam na to czego doświadczałam dotychczas każdego Sylwestra. 
Może się wyrwę i na skrzydełkach lub miotle polecę wysoko aby zobaczyć czy to wszędzie jest tego roku ubogo i ciszą posiane czy rzeczywiście mogę się bezboleśnie zgodzić o zakorkowanie oczekiwanej taśmy przeżyć i oczekiwanego rozgardiaszu towarzyszącego podniosłym toastom oraz tryskających fontannami widoków? 
Poszłam do sąsiednich pokoi od ulicy.
Tu jak zwykle trwała coroczna uciecha. 
Dzielny psiak naszych sąsiadów z sąsiadującej Kamienicy; P. Karnowskich - psiak a raczej starsza już suczka - kundelek wyciągnięty z ochronki przez dzieci dla mamy a przylepiony do ojca P. Andrzeja; ujada zawzięcie na każdy wystrzał, przynajmniej walczy i wie o co jak co roku i na całość aż do zdartego gardła co słychać po zużytym już ale wciąż zawziętym ujadaniu jak co roku.
Zachrypł. 
Poddać się ani myśli. 
Tak długo jak długo będą napierały kaskady ogłuszających wyładowań i szumy i piski, dźwięki po i na  dźwiękach  w roziskrzonych intensywnością kolorach tak długo będzie im towarzyszył zdezelowany, zdarty szczek w zawziętych saltach, podskokach i koziołkach małej uroczej, wytrwałej i dzielnej psinki. 
Bardzo fajna serdeczna i przyjacielska psina, będzie miała zdarte gardło po tej zabawie. Ależ się zwija jak w ukropie. Ludzie mają  przez tę małą suczkę spotęgowaną uciechę a mi jej żal, że musi tak się skręcać i szaleć jakby napadło ją stado czegoś bardzo mało wygodnego. 
Jak się jednak przyjrzeć całości; to chyba zaraziła się od ludzi entuzjazmem, podekscytowaniem i chęcią rozładowania napięcia z wiadomej dla co niektórych okazji. 
A więc jednak w oknach pokoi od strony ulicy przynajmniej w jakimś stopniu to prawda z tym domem za płotem. 
Po prostu wyrosła przez lato ogromna bariera wygłuszenia, zasłona z betonu i szkła, do której zapewne już od wiosny wprowadzą się nowi. 
Dom włazi balkonami niemalże na posiadłość nieruchomości i działki zajmowanych przez budynek, w którym mieszkam po repatriacji.  
Prawdopodobnie powód do zakwestionowania całości przedsięwzięcia... 
Szkoda tylko trudu i nakładu pracy i kosztów  tych z przeciwka. 
Musiałabym się jednak dowiedzieć jak to z tym jest czy można tak nadużywać przestrzeni powietrznej?
Od gruntu też cały ogromny gmach stoi za blisko. Podczas budowy płotu tato oddał sąsiadom po dużej stopie ziemi, po to by uniknąć konfliktów. Budujący natomiast zbudował dom w ddaleniu wyznaczonym od płota pomimo wcześniej zrobionych pomiarów i ustalenia rzeczywistej granicy. 
Proszę badzo jaki prezent się trafił. 
Prezenty mają to do siebie, że wywołują bardzo mieszane i złożone uczucia.

czwartek, 10 października 2013

Słonecznik

Na miejskim trawniku a właściwie na trawniku w parku wyrósł późno posiany słonecznik. 
Oszczędziły go kosiarki i ręce dzieci, oszczędziła pogoda... 
Jak to się stało, że się uchował, ocalał dla roztaczania samotnej urody?
 Kwitnie.
 Późno. Za późno na to aby z kwiata wyprodukować nasiona. 
Może zasiał go tu wiatr, a może pojedynczą pestkę upuścił przefruwający ptak, a może ktoś kto ze smakiem skubał nasionka słonecznika z zakupionej w pobliskiej Biedronce paczuszki. Fakt jest taki, że wyrósł i zakwitł teraz - jesienią cud nad cuda. 
Zakwitł i cieszy. Przystanęłam aby bardziej go zobaczyć i nacieszyć duszę poprzez oczy. I wówczas stała się rzecz dziwna, bo nagle w miejscu gdzie sama bym pędzlem pacnęła kroplą czerwieni dla wykończenia całości konsumowanego w ciszy obrazu, właśnie w tym miejscu gdzie z pewnością sama bym ją domalowała pojawiła się żywa biedronka. Szło jej się powoli i mozolnie podążając ku spełnieniu w pięknie. Aż oddech mi umarł w gardle lub gdzieś głębiej. Czary pomyślałam czary i poczułam się jak to ja - z byle powodu -  w niebie. 
Biedronka przespacerowała po cięciwie bardzo regularnego koła w brązie obramowanego żółtą koroną płatek i znikła w zieleni małych listków podtrzymującą regularną głowę króla kwiatów. 
Niesamowite są działania natury, które potrafią tak zahipnotyzować, że na chwilę zatrzymuje się czas tak bardzo, że ziemia przestaje krążyć a oddech dopomina się o swoje prawa dopiero po możliwości przetrawienia pierwszego szoku i wyjścia na powierzchnię  zaskoczenia aby zmontować myśl podziwu nad doskonałością życia (~!). 
Jesienny słonecznik na tle bardzo niebieskiego, w zasadzie bezchmurnego nieba z jedną lub dwiema subtelnymi firankami chmurek zawieszonymi jakoś wyżej tego dnia niż zazwyczaj i wśród szmeru liści już przetykanych kolorami wzbogaconymi o ostatnie pożegnanie letniej pogody i wietrzyk z mroźną podbitką przez wciąż jeszcze dość ciepły sezon, skośne promienie jaskrawego słońca, bo pewnie już było popołudnie i prawie zupełna cisza podczas dziania się akcji z biedronką z roli głównej zostaną ze mną na długo, bo cud istnienia i trwania oraz zmiany jako kreacji poczętej z myśli został cudem dotknięty. 
Samotny, nieduży, piękny... z biedronką spacerującą dla ozdoby i wykończenia po ostatni detal urody. 
Słonecznik w parku na trawniku... samotny, dziewiczy, dotknięty  pięknem ponad ludzką możliwość pojęcia... z cieniem na trawie, bo według Miłosza to co istnieje zawsze posiada cień swojego bytu. 
Ciekawe czy zaskoczą go mrozy?
Jak długo oprze się zimnu? 
Który z przymrozków go złamie?, bo przecież złamać go musi -  istnieje prawo grawitacji, że co się wzniosło upaść musi - byle godnie zwiesił ciężką od nadmiaru spóźnionego piękna głowę. 
 Taka ilustracja niezwykłości a przecież każde źdźbło trawy aż po złożoność multi kosmosów jest cudem tyle, że słonecznik to zdołał wyciągnąć i podkreślić a właściwie zrobiła to biedronka, mała jak kropla farby na czubku pędzla gotowego do akcji wyciągnięty z  mojej wyobraźni

poniedziałek, 20 lutego 2012

Globalna kurtyna

 Okazało się, że z jakiegoś powodu podczas przenoszenia tekstu do bloga z formatu, w którym był oryginalnie pisany zniknęła znaczna część ogonków i przecinków charakterystyczna dla polskiego liternictwa. Z góry przepraszam za uniedogodnienia w czytaniu :)


Witam po prawie rocznej przerwie i od razu zaczynam z grubej rury.

Moje kontakty z UFO ograniczały się dotychczasowo do obejrzenia filmu o Eti z moimi dziećmi gdzieś w zamierzchłej przeszłości. Jednocześnie muszę przyznać, ze z powodu kłopotów ze zdrowiem i w ogóle z życiem skierowałam swoje kroki w stronę metafizyki i poszukiwań w sferach nauk niekonwencjonalnych jako, ze te oficjalnie promowane grzęzły w przedbiegach i odcinały możliwość pozyskania oczekiwanych rezultatów.
Do trendu moich ostatnich zainteresowań skierowała mnie tez moja całożyciowa pasja czy miłość zarówno do historii jak i do sztuki w szerokim tego słowa znaczeniu, bo jak wiadomo obie te dziedziny zazębiają się bardzo ścisłe i są ze sobą zsynchronizowane.
Zawsze starałam się zachować zarówno otwarty jak i chłonny umysł. Niejednokrotnie w przeszłości lubiłam czytać o danym okresie historycznym zarówno po angielsku jak i po rosyjsku. Miałam z tego niezły ubaw. Mozna było dokładnie zaobserwować napięcia, wzloty i upadki polityki z trudem znoszonej wzajemnej tolerancji. Przy tym nasza nacjonalna wersja podawała często jeszcze jeden wymiar czy wersje zachodzących wydarzeń.
Postanowiłam wiec i tym razem odnieść się do źródeł dostępnych w językach dwóch potęg imperialistycznych bez żadnych preferencji i uprzedzeń.
Pierwsza informacja jaka mnie poraziła była różnica w stanowisku kościoła. Otóż zwierzchnicy Kościoła Prawosławnego oficjalnie przyznają prawdopodobieństwo tego, ze istnieją formy życia pozaziemskiego. Podają także, ze istnieje prawdopodobieństwo, ze energie które były przez nas dotychczas określane jako zjawy anielskie czy duchowe są tak na prawdę formami inteligencji poza ziemskiej znacznie bardziej zaawansowanej technicznie i pomagającej człowiekowi o ile taka intencja zostanie skierowana w kierunku odpowiednich "Aniołów" czy świętych oraz przywódców religijnych. Dopuszczają także uzupełnienie brakującego ogniwa w teorii ewolucyjnej Darwina w postaci manipulacji DNA form życia ziemskiego w połączeniu z pozaziemskim. Stad w Biblii, Koranie czy w Talmudzie a także w innych dostępnych tekstach prehistorycznych stale nawiązywanie do Bogów, którzy obierali sobie za partnerki córki ludzkie a także o powtarzającym się motywie samozapłodnienia dziewicy od Ozyrysa poprzez Mitoraja, Kriszny i innych, których jest za długa lista, żeby ich tutaj wymieniać,  po Chrystusa na przestrzeni zmieniających się czasów i terenów geograficznych, których dane wcielenie owej dziewicy rodzącej boga lub syna boskiego dotyczyły. Zarówno Kościół prawosławny  jak tez i naukowcy po wschodniej stronie myśli intelektualnej otwarcie mówią o istnieniu życia na Marsie teraz a co znacznie ważniejsze w zamierzchłej przeszłości.
Oficjalne stanowisko Papierza i Rzymu jest znacznie bardziej konserwatywne i napuszone. Tak samo jak anglo - języczne potęgi gospodarcze zarówno zarówno Europy jak i Ameryki. Rosjanie ogólnie nadużywają patosu i "zadęcia", ze posłużę się kolokwializmem z kolekcji słowotwórstwa naszej noblistki Wisławy Szymborskiej, ale tu i jednocześnie tak samo jak na zachodzie potrafią dookreślić bardzo konkretnie i wyraźnie i otwarcie swoje stanowisko.
 A tak na marginesie; polskie noble można na palcach obu rak zliczyć w tym dwa dla Curie - Skłodowskiej i jeden dla jej córki a o ile mi wiadomo większość tych nagród należy do literatów i poetów i sporo w tej grupie kobiet. Az milo :)
(Chciałabym znać także hiszpański, oraz jeden z języków regionów azjatyckich, żeby dokładniej przyjrzeć się całości rozgrywanej się w tym zakresie gry "bogów" na arenie światowej.)
Moje życie zahaczyło o komunizm i o 22 letnia emigracje w Stanach. Wiem jak szczelna potrafi być kurtyna blokady informacyjnej i jak bardzo umiejętnie narzucane są nastroje ludzi jako jednorodnej masy i jak podporządkowywane ich opinie. Wiem jak wielkim narzędziem są masowe środki przekazu sterowane impulsami wpisującymi się w dostarczanie odpowiedniego nasycenia sensacyjnością i jaka silą jest odpowiednio sterowana opinia publiczna i do jakiego stopnia znawcy zachowań społecznych są w stanie kierować każdym pojedynczym umysłem zatopionym w sile pędu stada ludzkiego. Bo człowiek jest zwierzęciem stadnym i zachowuje się tak jak ryba w ławicy szukając poczucia bezpieczeństwa w większości lub właśnie z powodów zachowania gatunku i poczucia bezpieczeństwa liczy na; "... zgubienie się w trawie jak w borze..." jak pisał nasz noblista Czesław Milosz.
To proste Rosjanie tracę niewiele na arenie międzynarodowej za to maja wiele do pozyskania dlatego ryzyko jest dla nich przejawem odwagi i możliwości odzyskania utraconych wpływów. W takiej samej pozycji znajduje się Kościół prawosławny względem katolickiego pomimo, ze jest to wciąż ta sama wiara to wewnątrz niej jak w każdej innej są wyraźne tarcia i walki o role przywódcza i trendy podporządkowania sobie innych. To Carol Jung uczeń Zygmunta Freuda  napisał przecież, ze zachowanie każdej grupy odzwierciedla zachowanie jednostki a te z kolei mówią o tworzeniu większych całości z pominięciem różnic. Różnice jednak zawsze istniały i istnieć będą i każdy z nas jest niespotykana i wyjątkową indywidualnością.
Podczas przeglądania materiałów o sztuce prehistorycznej natrafiłam na lekturę "Rydwany Bogów" Enrich'a von Daniken'a i bardzo mnie ona zainteresowała i wciągnęła - polecam dla chęci wyrobienia sobie opinii własnej. Jest to bardzo logicznie przeprowadzony zbiór dowodów na istnienie życia pozaziemskiego. Jego argumenty, ze kosmos roi sie raczej od form życia niż przedstawia jego całkowitą pustkę są bardzo nęcącą propozycja.
To co mnie bardzo zaintrygowało podczas przeglądania materiałów w języku rosyjskim to z kolei dowody wielu uczonych; archeologów, historyków, antropologów potwierdzających tezę, ze pochodzenie człowieka o białej skórze ma korzenie słowiańsko - aryjskie jako, ze zarówno Słowianie jak i Arianie wywodzą się z jednego przodka nazwanego Bogiem; to znaczy od Asa z Atlantydy.
Rosjanie dowodzą dalej, ze język rosyjski jest jedynym pierwotnym językiem panującym na ziemi obecnej cywilizacji, bo jak wiadomo nieoficjalne dowody historyczne dowodzą niewygodnego dla obecnych władz globalnych stanowiska, ze istniało wiele cywilizacji ludzkich przed obecna cywilizacja (często dużo bardziej rozwinięta od współczesnej zarówno technicznie jak i duchowo), w której żyjemy i stad ciągle powtarzająca się hipoteza apokaliptycznego końca ludzkości w najrozmaitszych wydaniach i wersjach. Dowody archeologiczne popierane i propagowane przez główny nurt polityki światowej są lekceważone a uczeni, którzy upierają się przy ważności swoich odkryć tracą popularność, tracą prace i wpływy są wyśmiewani i ignorowani i tak się koło kreci i nawija. Jakoś bardzo znany jest mi ten mechanizm :) Można tylko zauważyć, ze od czasów Kopernika a może plemiennych wszystko podlega podobnym prawom pędu stadnego i obrony dotychczas wypracowanych wytycznych, ogniskowych i uznanych punków odniesienia.
Rosyjscy uczeni przedstawiają dowody o pochodzeniu wszystkich języków i wszystkich rodzajów pism funkcjonujących obecnie jak i w zamierzchłej przeszłości od run, które były piśmienną forma alfabetu w czasach prehistorycznych istnienia imperium Ras-y często tez wymawianej (zapis fonetyczny) jako "rasza" a określający białego człowieka. Dla dogłębnej analizy przedstawionej tezy odsyłam do materiałów źródłowych zamieszczonych miedzy innym w googolach jak i na You - Tubie. Wspomniany alfabet prezentuje możliwości czytania zaszyfrowanych tekstów w takim samym stopniu jak udostępnia to kabała, która tez jest tylko zmodernizowana kopia pisma runicznego.
Rosja w tej chwili jest rozdartym wewnętrznie i bardzo obolałym poranionym tworem z pamięcią pradawnej przeszłości. Istnieją w niej dwa nurty dyskusji wewnątrz-narodowej. Otóż jedni to ludzie wyglądający jak pradawni Słowianie pamiętających świetność imperium rosyjskiego  z długimi włosami i niegolonym naturalnym zarostem twarzy - co ciekawe dotyczy to przede wszystkim mężczyzn, jakby żywcem wyjętych z obrazków największego w historii imperium jakie ziemia nasza kiedykolwiek miała zaszczyt nosić i myślę tu o czasach kiedy ich ziemie ogarniały prawie cala kule ziemska razem z większością Europy oparta o Indie, pochłaniającą Egipt i dzisiejsze kraje śródziemnomorskie. Miedzy innymi kultura Etruska będąca kolebka kultury Greckiej jest uważana za cześć terytorialną dawnej potęgi rosyjskiej. Nazwa ET - ruska to nic innego jak określenie pochodzenia. Zresztą rzeźby z tamtego okresu dokładnie oddają współczesny typ urody słowiańskiej. Jedyna granica już wtedy ustanowiona była granica z Chinami dlatego, ze Mongolia także wchodziła w zakres opisywanego terenu z zachodu opartym  o Ocean.
Opisywana grupa uczonych poza wszelkimi przymiotami lingwistycznej znajomości pochodzenia liter i słów oraz znajomości historii maja "fizia" czy bzika na tle zachowania czystości rasy i naginają do tego religie i w ogóle przeginają pałę i propagują bardzo destruktywna dyskryminacje ras ludzkich. Druga grupa gładko obcięta i wygolona na modle zaszczepiona przez Cesarstwo Rzymskie podczas budowaniu imperium rzymskiego na ziemiach europejskich.
Otóż starożytni rzymianie nie tylko golili sobie twarze ale z wielka dokładnością depilowali swoje cale ciało często przy pomocy niewolników przywożonych z okolic ziem dzisiejszej Polski i okolic. Ziemie, o których nadmieniam były zamieszkałe ale bez ustalonych struktur państwowości (po osłabieniu wpływów imperium rosyjskiego) czyli właściwie łatwy lup dla handlarzy materiałem ludzkim jakim się parali w owym czasie cale rody Wikingów czyli piratów morskich. Depilowanie skóry zostało w jakiejś mierze przejęte przez płeć piękną wszystkich narodów obecnego nurtu w ogólnoświatowym zasięgu. Otóż owa grupa ludzi ludzi o wygolonych twarzach i obciętych przesadnie krótko włosach współczesnej myśli przewodniej zwalcza dyskryminacje i zamykanie się Rosji na wpływy zewnętrzne, ale tez chce zapominać o historii i pochodzeniu białego człowieka z jednego źródła pochodzenia, bo to wzmaga tendencje nietolerancji, obstrukcji i zostawania z tylu, bo jeżeli jednostka czy naród stoi w miejscu to się cofa, gdyż świat coraz szybciej podąża do przodu.
Dla mnie wielka wartością jest historia i lobię korzystać z jej osiągnięć informacyjnych ale jednocześnie lubię postęp i zmiany i możliwość wzbogacania się poprzez przemieszanie idei i wpływów kulturowych i możliwość wyborów udostępniająca każdemu z nas korzystanie z tego co najlepiej pasuje czy w danej chwili jest mu potrzebne. Wiedza historyczna jedynie ubogaca i nasącza naszą rzeczywistość. Istnienie bardziej ważnych i mniej ważnych ras czy tych, którzy wnieśli czy mogą się pochwalić większymi czy mniejszymi osiągnięciami w dorobku cywilizacyjnym czy kulturalnym jest bardzo nieproduktywna forma samounicestwienia się i trudno mi opanować narastające uczucie złości na zarośniętych barbarzyńców przy okazji podziwu dla ich dorobku w dziedzinie odnalezienia źródeł, pielęgnacji zwyczajów i tradycji i możliwości udostępnienia nam szerszego zasobu wiedzy o identyfikacyjnej pochodzenia każdego z nas a także budowanie mostów szkoda tylko, ze dla wybranej grupy ludzi.
Polski według tych badan to język rosyjski zapisany po łacinie i z różnorakimi napływami obco-kulturowymi i obcojęzycznymi, które tez już były zmienionymi formami języka wyjściowego jakim był kiedyś rosyjski. Arianie i Słowianie dzielili się miedzy sobą na cztery grupy o białej skórze i różnym kolorze oczu i rożnych kolorach włosów.
Język staro - francuski wskazuje także na rosyjskie źródło pochodzenia, chociaż dzisiaj wydawać by się mogło tak bardzo różny. Jednak tak jak polski i rosyjski dysponuje sześciostopniowa deklinacja, trzema czasami, trzema rodzajami i w ogóle ma podobna konstrukcje gramatyczna. Polski rożni się pod tym względem zarówno od francuskiego jak i rosyjskiego tylko tym, ze nasz język dysponuje siedmioma zamiast sześcioma deklinacjami czyli odmianami przez przypadki. Jest to forma zwracania się lub wołania osoby i nazywa się wołacz. Na ziemiach polskich od strony wschodu w zasadzie obowiązuje i jest jak najbardziej prawidłowe wołanie w mianowniku np; Jola!  Ania, Józia, Władek itp. Podczas gdy po drugiej stronie Wisły na ziemiach zachodnich dominuje forma zwracania się w wołaczu czyli; Jolu!, Mario!, Kasiu, Janku, Grzegorzu, Michu, Gabryjelu, Kubo, itd.
W ogóle bardzo mi się podoba to, ze rosyjscy konserwatysci nadal uważają inne narody tak jak o białej skórze tak jak Niemców czy Anglików za swoich braci, ale dominuje w narodzie nacjonalizm i wykrzywiona odbicie obrony białej rasy przez jej zanieczyszczeniem. Potem powstają grupy z ogolonymi głowami, które są bezpośrednim odbiciem tych zarośniętych. Ale to poplątane i komiczne :)
W ogóle jak wdraża się w historie narodu w języku, którego ta historia dotyczy to jest to żyjący twór. Można go prawie dotknąć i posmakować.
 Większość treści czy filmów przeze mnie prostowanych jest często dostępną także w wielu innych wersjach językowych. Zapraszam więc do wyboru dowolnego źródła o ile kogoś zainteresują źródła przedstawionych treści, tez, hipotez czy wniosków. Często są tez napisy po Polsku ale to raczej w wersji angielskiej a czasami zdarza się lektor. (Ktoś kiedyś wyraził opinie, ze lektor to wybitnie polski zwyczaj, ta osoba ma małe rozeznanie w faktycznym obrazie świata. Wszystkie kraje dawnego bloku wschodniego chętnie posługują się lektorami). Poza tym Rosjanie maja na prawdę dobrych specjalistów i naukowców, czasami tylko są zmuszeni do zaakceptowania niepotrzebnej zbyt grubymi nićmi szytej propagandy oficjalnego stanowiska politycznego w odniesieniu do zjawisk tego świata. AGH! (?) Ma to odwrotnie proporcjonalny skutek w budowaniu emocji niż ten przewidziany u przeważającej wiekszosci szczególnie po obaleniu komunizmu. Mam nadzieję, że pozostałości dawnej mentalności już niedługo znikną zupełnie. W młodości prenumerowalam kilka różnych czasopism w jezyku rosyjskim, bo ich artykuły o sztuce na prawde z trudnością znajdowały kompatybilność w polskich tego typu tekstach w tamtych czasach.  W szkole fotograficznej i filmowej doznawałam z tego powodu "lekkich" form szykanowania, bo byly to czasy "Solidarności". Jednak moje tlumaczenie, ze trzeba dokładnie poznać wroga, żeby z nim podjąć skuteczną obarczoną sukcesem walkę przeważyły szalę na moją korzyść i dano mi spokój. A tak zupełnie szczerze to mój wewnetrzny zachwyt i podziw dla tego języka, (tak jak podziwia się piękny kwiat czy osobę lub każdy inny wybryk (?) natury), w którym szczególnie poezja jest w stanie sięgnąć znacznie głębiej i bardziej intymnie niż jakakolwiek  innojęzyczna znana mi forma, powodowała chęć obcowania z rosyjskim niezaleznie od nalecialosci politycznych preferowanych w owym czasie. Chciałam jeszcze nadmienić, ze rosyjski ma w sobie uspakajającą nutę zaśpiewu i spowolnionej rytmiki jak i  niesamowitego i bardzo złożonego bogactwa z jakim  spotkałam się tylko w omawianym języku. Zarówno w polskim jak i w angielskim jest wbudowany zupełnie inny rodzaj odczuć spadania, lądowania lub zapadania w jaźń. Jezyk polski jest raczej szumiący, szurający i delikatny pełen subtelnych  nostalgii i melancholii i uniesień oraz niuansów walorystycznych tam gdzie w rosyjskim można dostrzec pełen zakres nasyconych barw, a angielski konkretny, biznesowy i docelowy... Na tyle co poznalam niemiecki to jest to bardzo rytmiczny i jak dla mnie wykrzykiwany język. Uczona byłam go przez pięć lat potem obcowałam z nim w codziennym wydaniu podczas losów mojej młodocianej i bardzo dojrzałej miłości a i  tak jego przylepność czy wnikliwość w moje wnętrze była nikła. Trochę go pamiętam ale zbudowanie tęsknoty czy potrzeby obcowania z nim jest minimalna. Pewnie mogłabym ją rozbudować i możliwe, że się pokuszę o taką możliwość. Życie może zaskoczyć i jest pełne niespodzianek, więc jestem otwarta na każdą ewentualność w tej dziedzinie. Poznawanie języków tak jak historii jest fantastyczną frajdą.  A jak już przy określaniu odbierania wrażeniowego języków jesteśmy to jeszcze muszę dorzucić i tę nutkę, że francuski jest niesłychanie romantyczny, włoski nadaje się tak samo jak niemiecki do komponowania muzyki bo ma wpisaną rytmikę ale i naturalną melodykę oraz możliwość do przekazywania różnorodnych ładunków nasycenia emocjonalnego zgoła jednak różnego od bogactwa niuansów jakim dysponuje rosyjski. Amerykanie mówia znacznie szybciej, prościej i moze bardziej bezpośrednio ale dusza i serce jest po stronie Słowian i Rosjan. Zachodnie nacje wypadają sucho i są mało mięsiste w porównaniu. Poza tym mówią znacznie głośniej i są bardziej roześmiani i promienni to trzeba im przyznać. Dla przeciętnego przybysza z północy to wlasnie ta cecha jest szczególnie cenną lekcją. Są znacznie bardziej uprzejmi i mniej robią hałasu wokół swojego istnienia jako jednostki. Po prostu przez ostatnie dziesiatki lat żyje im sie znacznie lżej niż na innych szerokościach geograficznych.
Ciągnie mnie, żeby uczyć sie hiszpańskiego, ale Hiszpanie to już w ogóle młócą słowa jak wystrzeliwane z jakiejś armatki automatycznej i po prostu terkoczą jak przebiegający po ciele ogień.
Ze wzgledu na melodykę podoba mi się też włoski a także francuski ale to z zupelnie innych powodów :)
Ale wracajac do kurtyny.
Problem kitajców. Kitajce to po rosyjsku Chińczycy.
Istnieje podobno przepowiednia Sybilli, która dotychczas lekceważyłam na bardzo różne dopuszczalne sposoby znając jedną z tajemnic, ze przepowiednia negatywna może się spełnić albo też może ulec zniszczeniu jako tylko jedna z wielu wersji unicestwionych poprzez bezpieczne zdobycie dystansu i  odejscie od jej uformowania się w naszym mózgu. I tu poruszamy zupelnie inne rejony kurtyny ale o tym późniejszych opracowaniach. 
Przepowiednie pozytywne mają znacznie większe prawdopodobieństwo spełnienia się niż negatywne a właściwie spełniają się zawsze.
Otóż przepowiednie Sybilli, które miały być celne w odniesieniu  do wszystkich dotychczasowych wydarzeń światowych mówi podobno, że skośnoocy zaleją cały świat.
Ale o kitajcach napiszę w następnym odcinku.
Na fejsie zamieszczam posty po rosyjsku. Tak sobie myślę, że wśród mojego pokolenia jest znacznie więcej osób, które rozumieją ten język, ponieważ był przymusowo w nas wtłukiwany podczas czasów żelaznej kurtyny. Rezultat jest taki, że my ich rozumiemy a oni nas ani w ząb, co liczy się jako pewnego rodzaju przewaga :)
"Kitajcy" i inne teksty, które będę mam nadzieję już znacznie systematyczniej publikować będą stałym ciągiem "Globalnej kurtyny" w odróżnieniu od jakiegoś czasu zarzuconej wersji "Szkiców egzystencjalnych" :)
Moje blogi zawsze przyciągały skromną ilość czytających. Ale też tylko tego się spodziewałam. Zawsze byłam zbyt rewolucyjna w moich zapatrywaniach jak na to, żeby spodziewać się powszechnej popularności.  Jeżeli było kilkanaście osób jednocześnie czytających moje teksty to uważałam to za sukces i bardzo się z możliwości dzielenia się swoimi spostrzeżeniami cieszyłam.

To już prawie rok przerwy od ostatniego postu :) Teraz postaram się nadgonić zaległości :)

poniedziałek, 30 maja 2011

Stacja w Ciążnie



Luba stała na stacji w Ciążnie. 

Przyjechała tu w interesach i przy okazji odwiedzić rodzinę. 
Myślała o prawie nierealnym wydarzeniu z przed lat. Tu na tej właśnie stacji. Patrzyła pod nogi, gdzie wciąż były te same kafelki.
To chyba było tutaj chociaż ona sama już nie była pewna. Tu nastąpiła jej inicjacja sensualna. Nie seksualna tylko sensualna. Z utratą dziewictwa było trudniej. W końcu doprowadziła do zabiegu chirurgicznego w wykonaniu czyjegoś członka, ale to co dla niej miało prawdziwe znaczenie nastąpiło prawdopodobnie tutaj.
Jeżeli można by wyjść z założenia, że to było tu na tej stacji, to jak to się stało, że ona i on się tu znaleźli sami. Spotykali się zawsze wśród rodziny. Bo była to dość daleka rodzina. Ale zjazdy rodzinne, wesela i pogrzeby były częste, bo rodzina należała do plennych i było ich bardzo dużo. On miał na imię Andrzej i było to można powiedzieć bardzo rzadkie imię w tej rodzinie. Tradycje rodzinne wskazywały na  użycie niespotykanych i nietuzinkowych imion. Andrzej miał brata Dionizego. Andrzej się nie żenił. I to było zmartwienie z rodzinie. Dionizy według słów jego własnej matki "nieco powolny był" i dlatego z pewnością nie znajdzie sobie żony. A synowa Cioci Walenty jak na nią wszyscy mówili, zapewne dlatego, że Walentyny, byłoby za prawidłowo, więc przyszła synowa Cioci Walenty i Wujka Czesława żyłaby sobie jak pączek w maśle. Z Andrzejem całe gospodarstwo by przejęła bez podziałów, bo nie było komu go rozdzielać. Tylko o Dionizego do końca jego dni trzeba by dbać. I uprać i do stołu jak własnego brata prosić zawsze. Dioni jak mówili na brata Andrzeja robotny był i silny jak tur, także na nim nie straciliby młodzi. Tylko Andrzej się nie żenił.
Ale dokładnie jakie łączyło ich pokrewieństwo?
Jej dziadek Hieronim wołany jako Hirek miał dwóch braci: Eligiusza zwanego Lolkiem i Bernardyna, który od najmłodszych lat był Berdym i siostrę o imieniu Hortensja. Hortensja jakoś zawieruszyła się w rodzinnej historii i już drugie pokolenie nie tylko nie wiedziało jakiego zdrobnienia jej imienia powszechnie używano, ale w ogóle o jej istnieniu mało się napomykało. W wieku 18 lat urodziła nieślubnego syna i jakoś tak słuch o niej zaginął. Co prawda Babcia Kazimiera wykarmiła jej syna wraz ze swoim synem  - ojcem Lubomiry, jego mlecznym bratem, ale legenda rodzinna głosiła, że karmiła znajdę, biednego sierotę. Matka tego mlecznego brata ojca Lubomiry w tym czasie poszła do pracy na posługaczkę do bogatej rodziny, o czym też jak makiem zasiał było. W ogóle cała historia z nieistniejącą w pamięci rodzinnej Ciocią Hortensją była poplątana i dziwna i tylko czasami ukradkiem jakieś dziwne i często niespójne informacje o niej tu i am szeptano.
Ciocia Hortensja nie miała więc nic wspólnego z rodowodem Andrzeja. Andrzej był synem Cioci Walenty i Wujka Czesława. Czesław był synem Lolka brata Hirka dziadka Luby. Z tym że historia była nawet jeszcze bardziej skomplikowana. Otóż Lolek ożenił się z Konstancją z Potockich jak ona miała już dwóch małych synów i po śmierci męża została sama. Jej pierwszy mąż nosił to samo nazwisko co Lolek i był jego dalekim kuzynem. I o dziwo co rzadkie w rodzinie miał bardzo normalne imię - Szymon. Konstancja nie musiała nawet nazwiska zmieniać  a Lolek nie musiał oficjalnie adoptować synów Konstancji po drugim w linii rodowej kuzynie, bo też mieli to samo nazwisko co on Lolek. Z pierwszego małżeństwa Konstancja miała więc dwóch  synów Czesława i Zygmunta. Z Lolkiem mieli jeszcze jednego syna Leona.
Więc Andrzej praktycznie był tak dalekim kuzynem Luby, że nie łączyły ich już żadne więzy krwi. Chociaż gdzieś w zamierzchłej przeszłości mieli wspólnego pra - pra - pra - pra - pra - pra - pra...przodka.
Luba czasami też przez obcych wołana czy nazywana Mirą była świeżo opierzoną kobietą w owym czasie i na jej gust Andrzej był bardzo przystojnym, dobrze zbudowanym mężczyzną o wymownym spojrzeniu niebieskich oczu.
On był dużo starszy od niej. Ale jaka dzieliła ich różnica wieku (?) O tym Luba nie miała pojęcia. Wiedziała tylko, że na licznych uroczystościach rodzinnych Andrzej gdzieś zawsze stał w pobliżu, gdzie ona i jej dwie siostry jak lubiła nazywać swoje żeńskie rodzeństwo zawierające także ją " Trzy gracje". Ona w towarzystwie innych kuzynów i kuzynek na zbliżonej wiekowo płaszczyźnie porozumienia akurat się fajnie zabawiała; figlarna, roześmiana, promienna.
 Było tam zawsze dużo śmiechu, pisku, żartobliwego przepychania się i potańcówek. Bo orkiestra zawsze była. W tamtym czasie, w którym dzieje się opisywana historia to jeszcze na żywo a teraz to... a szkoda słów.
W każdym razie Luba zauważyła, że od kilku lat Andrzej na nią patrzy czy ją obserwuje. Kiedyś śmiała się z żartu powiedzianego przez Telesfora odchylając głowę do tyłu z rozbawienia i wtedy ściągnął ją wzrokiem tych swoich niebieskich oczu w przystojnej twarzy.
Potem już była bardziej wyczulona i sama go zauważała, że jak cień pod ścianą włóczył się w pobliżu towarzystwa młodszych kuzynów. Jego rówieśnicy już pozakładali rodziny lub właśnie mieli zamiar to robić. Luba i jej siostry miały jeszcze sporo czasu przed sobą tym bardziej, że jej rodzice przenieśli rodzinę do miasta i córki miały się kształcić. Andrzej miał zostać rolnikiem, a od rolników nie wiele wówczas wymagano jeżeli chodzi o świstki i papierki dowodzące sprawności intelektualnej.
Od jakiegoś czasu Luba jadąc z rodziną na uroczystość rodzinną wiedziała, że prędzej czy później pojawi się obserwujący właśnie ją
Andrzej. Jak ona się będzie śmiała to na jego twarzy będzie pojawiał się jakiś taki smutnawy półuśmiech. Było coś przejmującego w tym jego sposobie uśmiechania się. Luba nie miała zamiaru dochodzić o co chodziło w tym uśmiechu. Poza tym czuła się bezpieczna wiedziała, że Andrzej nie poprosi jej do tańca. Będzie podpierał ściany i patrzył na nią, ścigał ją wzrokiem i było to nawet ekscytujące i dziwnie pociągające uczucie się w niej budujące do Andrzeja? 

Eeeeee dla niej to nie mogła być prawda. 
Andrzeja?; z tym dziwnym uśmiechem pojawiającym się na jego smutnej i refleksyjnej twarzy? 
Dla niej to był członek rodziny a zresztą jeszcze ją świat spraw męsko - damskich nie wciągnął na tyle, żeby miała sobie nad czym głowę łamać.
Lubomira właśnie się zastanawiała jak to mogło się stać, że skoro zawsze jeździli na owe zgromadzenia rodzinne z rodzinami, jak to mogło się stać, że znaleźli się sami na dworcu kolejowym. W pamięci Luby tak właśnie było, że dworzec był pusty. Luba już po emigracji do Stanów i założeniu rodziny, gdzie te obudzone przez Andrzeja na dworcu uczucie często dawało o sobie znać, często się nad tym zastanawiała. Wówczas już wiedziała, że Andrzej wyzwolił jej pierwsze odczucie aktywnego libida. W końcu doszła do wniosku, że pamięć potrafi być bardzo selektywna i wybiórcza, więc dała sobie z tym spokój. Czym więcej lat upływało tym mniej w ogóle wierzyła w to co się stało na tym dworcu. Ale po repatriacji na jednym w pogrzebów znów zostali sami.
 W tej samej miejscowości tym razem stali na przeciw siebie pod dzwonnicą cmentarną.
On spojrzał jej prosto w oczy i zapytał:
- Pamiętasz?...
Oczywiście, że w tej chwili pamiętała. Ale tak bardzo zaskoczył ją tym szczerym pytaniem, że ona za szybko i zbyt zdecydowanie odpowiedziała: "Nie." To właśnie natychmiastowe twarde i krótkie " Nie " na jego miekkie "Pamiętasz?" dokładnie określiło odwrotność prawdy. Pamiętała szczególnie w tej chwili. Ale przecież jaki on miał interes się jej o to pytać? Już gdy ona wyjechała do Stanów... wcześniej, zaraz po tym jak wzięła ślub z ojcem swoich córek jeszcze w Austrii, mama w jednym z listów napisała jej, że wielkie wydarzenie w rodzinie, bo Andrzej syn Cioci Walki i Wujka Czesia się żeni. A już wszyscy myśleli, że starym kawalerem umrze. Już się martwili kto będzie gospodarkę dziedziczył. Podobno ożenił się z dużo młodszą Jolką i wołał na nią Luba. Wszystkim mówił, że to dlatego, że ona jest jego lubą, ale Lubomira wiedziała lepiej o co w tym bigosie chodzi. Ożenił się i szybko spłodził pięciu synów. Jego najstarszy syn właśnie zrobił z niego podwójnego dziadka. Andrzej miał już drugiego wnuka i tak jak przed laty czekano na jego ożenek tak teraz wyczekiwano pierwszej wnuczki. Przy stole zasiadała wybitnie męska rodzina z Ciocią Walką i jej synową Jolką, na którą już wszyscy w rodzinie wołali Luba, jako dwiema rodzynkami. Gdy ona powiedziała to swoje krótkie, szybkie i za bardzo zdecydowane "Nie", on zwiesił lekko głowę i smutno się uśmiechnął i po czym pokiwał twierdząco głową jakby sam do siebie tak samo lub podobnie jak wtedy przed kilkoma już dekadami. Lubomira Jolanta Haszczkowska wówczas zorientowała się, że powinna raczej powiedzieć, że nie chce rozmawiać na ten temat czy cokolwiek innego, ale po tylu latach, gdy ona już wątpiła w to, że tamta historia na dworcu w ogóle zaistniała kiedykolwiek... Po tylu latach nie spodziewała się  tak bardzo szczerego i zasadniczego pytania ze strony Andrzeja. Wciąż był atrakcyjny. A nawet jakby bardziej pewny siebie co podkreślało jeszcze jego urok. Ona była wciąż super zgrabną i bardzo zwięźle ale z niesamowitym gustem ubraną kobietą po przejściach. Jak zawsze w kapeluszu. Jedyna na tym pogrzebie w kapeluszu i to dobrze wyfasonowanym i gustownie dobranym.
Już miała coś z siebie wydusić w kierunku Andrzeja, gdy poczuła zawijająca się rękę w okół jej własnego pasa. To Maniek jeden z pięciu kuzynów z jej rocznika. To była ich paczka rodzinna. Ona i pięciu kuzynów z tego samego rocznika. Tylko, że oni wszyscy byli żonaci z wyjątkiem Grzesia, ale ten z wódką się ożenił czy zawarł kontrakt na życie, a ona...ona ni przyłap i przyłataj. Była porzuconą przez męża kobietą i matką ich wspólnych córek bez rozwodu, którego nie mogła się doprosić czy wyegzekwować od wciąż utrzymującego ją męża na papierku.
Ależ to życie potrafi być poplątane.
Luba teraz stojąc na tym samym peronie co przed laty próbowała, znów ustalić jak to się stało, że oni wtedy byli sami na tym dworcu.
Ona stała - o tym była przekonana - w tym samym miejscu co teraz przecież zupełnie przypadkowo stanęła. On trochę z przodu i bardziej w kierunku mającego nadjechać pociągu.
Stali tak sobie cicho. Żadne z nich nie patrzyło na to drugie. Ale oboje czuli swoją obecność.
I wówczas Andrzej się powoli odwrócił ale tylko o tyle, że stanął do niej bokiem. Spojrzał na nią. Prosto w jej oczy. Poraził ją tym otwartym wzrokiem i wówczas ona poczuła, że otula ją aura czegoś co nigdy przedtem nie istniało. Było to przyjemne i jednocześnie przytłaczające uczucie. To odczucie nie wiadomo dlaczego spowodowało wykwit łatwego u niej rumieńca na twarzy. Poczuła, że jej buzia robi się przyjemnie ciepła i jeszcze bardziej od tego uświadomienia sobie swojej bezbronności i zdziwienia się zarumieniła. On bacznie ją obserwował bez mrugnięcia oczu. Ona czuła, że nie może oderwać swojego zafascynowanego wzroku od jego hipnotyzujących i niezwykle czujnych oczu. Czuła, że stawy jej kolan zachowują się dziwnie. Teraz już zawsze będzie wiedziała co znaczą przysłowiowe miękkie kolana.Po chwili on najpierw się smutno uśmiechnął. Potem ściągnął usta w ciup. I za chwilę wolno z namaszczeniem i twierdząco pokiwał głową tak jakby odpowiadał na jej nieme nigdy w tej chwili nie sformułowane pytanie lub może swoje własne. To pytanie jak wiele innych zawisło w powietrzu i uaktualniło swoją treść dopiero za jakiś czas.
Nadjechał jego pociąg. Powoli się odwrócił. Luba już nie wie czy Andrzej wtedy szedł do pociągu tak wolno czy to ona tak pamięta. Tak jak w nieco spowolnionych kadrach filmu. Wyciągnął rękę, otworzył drzwi i wszystko było pozbawione dźwięku. Przynajmniej dźwięków Luba zupełnie nie pamięta w tej chwili, tak jak czasami w przestrzennych próżniowo wyczyszczonych snach. Jeszcze raz na nią spojrzał tym razem pożerając ją wzrokiem od stóp po czubek głowy ze śmiertelnie poważną miną. Pociąg ruszył a on trzymał ją intensywnością swojego wzroku miękką i rozpuszczającą się jak rozgrzany wosk. Luba nie pamięta już kiedy potem odzyskała swoje własne odczucie swoich realnych granic istnienia. Zdaje się przeoczyła swój pierwszy pociąg. Pojechała następnym, stojąc tych kilka godzin niby posąg wrośnięty w kafelki na stacji w Ciążnie.
To było prawdziwa inicjacja Luby. I właśnie ta inicjacja później bardzo długo przeszkadzała jej w znalezieniu sobie partnera do uczenia się relacji damsko - męskich. I może nigdy już nie mogła by się wydarzyć sytuacja takich lekcji, gdyby nie to, że w rodzinie było więcej dalekich kuzynów, z którymi Luba czuła się bezpiecznie i nie zupełnie na serio. Wszystko przecież mogło pozostać w rodzinie. Był przecież  o jeden dzień strarszy od niej Telesfor nazywany Rysiem nie wiedzieć dlaczego. Po prostu podobał jej się i po lekcji odebranej od Andrzeja Luba wiedziała, że on na nią działa. Rodzinne kontakty gwarantowały bliskość i poczucie bezpieczeństwa, tym bardziej, że dalekich - bliskich kuzynów było sporo na każdym zakręcie.  A Ryś miał to coś. To coś co ją budziło, co gdyby tylko pozwoliła zawładnęło by nią do samej istoty jej tożsamości. Ona już teraz umiała odbierać natężenie tych fal na podstawie, których wiedziała, że ona działa na niego też. W przerwie pomiędzy zdarzeniem na dworcu a niewinną przygodą z Rysiem Luba nauczyła się kontroli wycieków energii zwanej seksualną a właściwie powinno się ją określać sensualną dla odróżnienia od seksualnej. Tej drugiej Luba planowała się dowiedzieć i nauczyć. Tylko rozdzielenie pomiędzy sensualnością a seksualnością na różnych partnerów nie sprzyjało wypracowywaniu tej drugiej.

Dlatego dziewictwo jako takie bardzo jej przeszkadzało. Podjęła wręcz wysiłek, żeby go się pozbyć. I jak tylko się tego wysiłku podjęła to natychmiast zaistniały okoliczności, które zaaranżowały piękną scenerię całego zajścia. Ognisko, chatka kryta strzechą rodem z bajki z pokojem na strychu z czystą świeżo wykrochmaloną pościelą. Wewnątrz dzbany gliniane i wycinanki ludowe...
Wykonawca operacji został oczywiście poinformowany do jakiego zadania jest wybrany. Na co z wielką ochotą przystał. Był to pięć lat
starszy od niej student rzeźby w Gdańsku, którego imienia ona już nie pamięta. Pamięta tylko jego rozpalone oczy i to, że facet stracił dla niej zupełnie głowę i miała kłopot przez jakiś czas.  Jakże dziwnie plotą się ludzkie losy.
Ale zanim dokonała operacji pozbycia się dziewictwa, co spowodowało nagły wzrost zainteresowania się z jej strony młodymi mężczyznami w jej wieku, Luba od czasu do czasu zdobywała doświadczenia zapoznające ją i ośmielające do całokształtu życia, w którym seks był bardzo ważnym rozdziałem, ale w sumie mało poprzez perypetie losu go zaznała. Po zdobytych doświadczeniach wiedziała, ze teraz jej serce gotowe jest na uczucie i że nie boi się całej fizyczno sensualnej otoczki całości przeżyć związanych z uczuciem, ale pozostawała sprawa wyboru kandydata. I pomimo, że na prawdę było w czym wybierać, bo przecież pół światu tego kwiatu, a Luba miała świadomość, że potrafi sobą zainteresować czy zaintrygować płeć przeciwną Luba dotychczas nie zaznała szczęścia w miłości. To znaczy to szczęście, którego ona oczekiwała z jednym całożyciowym partnerem bardzo było posiekane i porozrzucane w kawałkach. I trzeba przyznać, że spora porcja owego deseru życiowego, należała swego czasu do ojca jej dzieci.
Zanim jednak została mężatką czekało ją jeszcze wiele przyjemnych i czasami etapowo trudnych doświadczeń.
Rysiek i historia skrzącego lasu była następną zapamiętaną a może kolejną historią z tych, które można było odhaczyć jako lekcje w dziedzinie zarządzania  własną seksualnością z otaczającymi ją emocjami. A było tego na całe jej dorosłe życie, a może kilka żyć.

niedziela, 1 maja 2011

Zapach mężczyzny

Tego co stało się ostatnio Jollucha nie mogła przewidzieć w swoich najśmielszych marzeniach. Najpierw na face book'a wskoczyło jej zaproszenie cioci koleżanki z ławy szkolnej jej starszej córki. Elka nie należała do grona jej ścisłych znajomych. A poza tym kiedy to było, kiedy jej córki wraz z gromadą dzieci emigrantów polskiego pochodzenia biegały po osiedlu wśród falujących w powiewach wiatru gałęziach wierzb płacących, których było tam wyjątkowo dużo. Osiedle jakoś się tak nazywało od tych wierzb. Mieszkało tam dokładnie 12 rodzin asymilujących się w społeczeństwo amerykańskie Polaków. W czwartki dzieci Jolluchy wraz z nią i ich ojcem jeździli na obiady czwartkowe, do jednej z bogatych dzielnic otaczających śródmieście. U Wiesi zbierała się śmietanka emigracyjna Polaków. Po obiedzie rodziny wyjeżdżały każdy swoim samochodem do pobliskich muzeów, które w czwartki i w weekendy miały wstęp wolny. Starsi powoli chodzili po salach lub przysiadali na ławkach samotnie lub przeważnie w parach i sobie coś tam szeptali patrząc na eksponaty. Czasami zebrała się grupka zainteresowana dyskusją na jakiś ważny temat. Dzieci zaopatrzone w bloki i odpowiednie przybory do rysowania i kolorowania leżały na dywanach i używały przeniesionych narzędzi i towarów. Czasami jacyś rodzice pochyleni nad pociechami coś im tłumaczyli. Te czwartki fajne były. Więc w środy Jollucha na osiedlu, na którym mieszkała urządzała dzień dla dzieci emigrantów polskich. Nawet jak już Grzegorz poszedł szukać swojego niezależnego szczęścia, Jollucha nadal kontynuowała spotkania dla dzieci, które już nie w pełni Polakami jeszcze wciąż nie czuły się zupełnie rdzennymi Amerykańcami.
Środowe spotkania polegały na wspólnych zabawach wszystkich dzieciaków polskiego pochodzenia. W Soboty natomiast dzieci wożone były do domu polskich związków czy zażyłości – tak się to miejsce nazywało – gdzie choreografka uczyła dzieci tańczyć mazurków, oberków, kujawiaków, różnych wersji krakowiaków, polek, chodzonych polonezów i zasiali górale też było a jakże.
Po tańcach Jollucha organizowała zajęcia plastyczne dla dzieci Polaków. Na wielkanocne zajęcia Jollucha przygotowywała wydmuszki przez cały rok pracowicie wydmuchując każde jajko jakie przyszło jej użyć we własnej kuchni. Miała tych wydmuszek cały stos wytłaczanek. Po za tym co drugi tydzień wykładała dzieciom język polski bez żadnej granicy wiekowej. Grupka dzieci polskich emigrantów miała bardzo zróżnicowany przekrój wiekowy.
Tak czy inaczej w tej grupce bawiących się pod gałęziami płaczących wierzb dzieci była także niejaka Magda chodząca do jednej klasy z Emilką. Ojciec Magdy i mąż Elki byli braćmi. Lubiącymi alkohol braćmi z czego ojciec Magdy bardziej pociągał niż Tadek. Elka akurat była w Polsce. Więc się zdzwoniły. Jollucha nie tylko nigdy w życiu nie spodziewałaby się, że jeszcze kiedykolwiek będzie rozmawiała z Elką, a tego co od niej usłyszała o dramatycznych losach jej małżeństwa jeszcze mniej. W każdym razie to wśród znajomych Elki Jollucha wyczaiła Jana. Tego samego, który w tamtym okresie miał sporo własnej czerwonej garderoby. Tego to już najzupełniej w świecie nie mogła przewidzieć, że znajdzie Jana M. Na face book'u, że będzie z nim korespondowała i rozmawiała przez telefon to już zupełnie było poza jej wyobrażeniami.
To było podczas rozmowy przez skype'a z Janem. Jollucha wyraźnie poczuła zapach Jana z przed lat. Nie omieszkała mu o tym napisać, wyjaśniając, że według niej to jest zapach hormonów męskich, który u każdego mężczyzny ma swoiste zabarwienie. W notatce do Jana rozważała dlaczego takiego zapachu nigdy nie czuła u Grzegorza. Może z wyjątkiem dwóch przypadków. W obydwu tych przypadkach było to zaraz po wyprowadzeniu się Grzegorza w swoje własne, osobne życie. Za każdym razem była zdumiona, że jej mąż, kochanek i ojciec córek ma tak intensywny zapach.
Emilka to potwierdziła. Być może przy wyprowadzaniu się Grzegorzowi było nie było; towarzyszył stres i wydzielanie jego gruczołów było zwielokrotnione.
Ostatnio rozmowy z Janem przeszły na Toykę Camry, jaką Jollucha oddała innemu Janowi już w Polsce, żeby ten zechciał się wynieść z jej życia. Zapachu tamtego Jana Jollucha na szczęście nie czuje i nie chce czuć ani pamiętać.
A tu nagle on zadzwonił. Po ilu? Po sześciu latach. Po rozgłoszeniu, że sprzedał jej Toykę, którą Jollucha po prostu kochała, było nie było przywiozła ją z Ameryki i to był rodzinny samochód ze wspomnieniami. Jan zadzwonił powiadomić ją, że właśnie chce ją sprzedać. Paliła za dużo więc odstawił ją gdzieś w stodole, a kupił jakiegoś dzwońca o ładnej reprezentacji ale dużo mniej luksusowego nawet jak na polskie warunki i jeździł tym tanim w eksploatacji. Jollucha chcąc niechcąc pomyślała, że Jan jednak na coś liczył. Może marzył o tym, że się kiedyś z Jolluchą jeszcze zejdzie w przyszłości i przyjedzie w bagażniku Toyki, która dla Jolluchy była częścią jej porozrywanej rodziny.
Ileż zabiegów kosztowało przystosowanie amerykańskiej produkcji samochodu do europejskich warunków ten tylko wie kto sam przez to przeszedł. Ile też kasy taka operacja pochłonęła. A już trudno. To, że Jollucha już raz rozstała się ze swoją Totką i teraz musi przechodzić przez to jeszcze raz było bardzo dziwne. Co prawda Jollucha pomyślała ostatnio o tym, że zaraz jak tylko będzie posiadała pracownię potrzebny jej będzie samochód. A właściwie samochód potrzebny był jej od zawsze. Tylko teraz wspomnienie jej Toyki spowodowało ten przykurcz w sercu. I pewnie ten przykurcz postanowił się zmaterializować w jej realności. Samochód miał już 16 lat. Powoli zbliżał się więc do granicy wieku, w którym po dwudziestu latach w motoryzacji należy się ranga zabytku dla każdego samochodu.
Jollucha nie była w stanie kupić swoich wspomnień wpisanych w ten samochód. W sercu wciąż była pierwszą właścicielką Toyotki. I już tak zostanie i tego nikt nie zmieni. To, że ją przywiozła do Polski po tak wielkich trudnościach jakich doświadczyła jeszcze w Stanach, już było cudem. Dostosowanie do warunków prawa drogowego w Polsce następnym.
Opowiadają sobie z Jankiem z Krakowa, czyli jej znajomym z czasów jej do niedawnej młodości o sentymentach związanych z samochodami. Janek ma ich sporo. I nawet się trochę mógł rozpisać na temat samochodów, bo na inne tematy, to jakoś skąpo sączy słowa. Ale fajnie jest. Jollucha traktuje Jana jak bardzo, bardzo dobrego przyjaciela z dawnej przeszłości. Miał przyjechać na jej urodziny, ale już nie zdążył i prawdopodobnie dopiero na jej imieniny się zobaczą. Może skoczą wspólnie nad morze, żeby powspominać. A jest co oj jest.
Na urodziny Jollucha dostała bardzo dużo życzeń od znajomych na face book'u, ale najbardziej rozleciała się pod wpływem postawy jej starszej córki. Już w dzień poprzedzający jej urodziny Emilka dzwoniła, że zadzwoni następnego dnia do swojej mamy z okazji jej urodzin. Pierwszy telefon wczesnym rankiem z życzeniami był dla Jolluchy był od jej promienistego światełka. Później były jeszcze trzy telefony przed samym przyjęciem a następnie jeszcze kilka w trakcie przyjęcia. Poza tym Emilka umieściła chyba cztery posty z życzeniami na ścianie face book'a Jolluchy. Przy nagraniu Warszawskiej kapeli podwórkowej Jollucha musiała się poryczeć, bo zaczynało się od słów : „ U mojej matuli...” i się poryczała i później jak opowiadała Janneczce swojej koleżance jeszcze z podstawówki o tych postach to też miała łzy w oczach.
Jan z Krakowa też zadzwonił.
Trochę gadali.
W między czasie Jollucha nawiązała bliższy kontakt z niejakim Rakiem, który wyraźnie czyta jej bloga, bo zmienia na book'u swoje reprezentacje profilowe zależnie od wątków przeczytanych informacji. Napisał do niej wiadomość i tak się trochę bliżej poznali. On potrzebuje pomocy a Jollucha ma w sobie charytatywną strunę, chociaż niezbyt napiętą. Było nie było przez dwa lata obierała ziemianki na obiady dla biednych w bydgoskiej Bazylice.
Na internecie Jollucha zaczęła uczestnictwo w klubie dyskusyjnym prowadzonym przez Georga z Kalifornii. Jednym z pierwszych rozważanych tematów był związek duchowości z seksualnością. Jollucha napisała, że był w jej życiu okres kiedy ona - Jollucha realizowała się jako kobieta między innymi poprzez sex z wybranym przez siebie i kochanym mężczyzną, który przez swoje odejście bardzo ją zranił, ale i otworzył furtkę do dalszego nieoczekiwanego rozwoju Jolluchy w omawianej dziedzinie. Jollucha dalej opisała etap, na którym teraz jest, w którym do przeżyć sensualnych znacznie przewyższających przeżycia największych orgazmów jakich doznała kiedykolwiek nie potrzebny jest jej mężczyzna a tym bardziej jej własne ciało fizyczne, gdyż najpotężniejszym organem seksualnym jest nastawienie własnej jaźni na odbiór wrażeń niekoniecznie poprzez receptory fizyczne. 
To stwierdzenie pozwoliło autorce ocenić pojemność jakościową grupy. To, że jej wypowiedź znalazła adoratorów i powszechną akceptacje i uznanie świadczy o tym, że na reszcie trafiła na ludzi, których jej zakres przeżyć i poziom rozwoju nie jest obcy. 
To jest jedno z najważniejszych odkryć Jolluchy. Nie jest już taka osamotniona w tym czego nie udało jej się przekazać nikomu kto dotychczas czytał jej bloga. Niesamowite poczucie satysfakcji. Grażka też wie o czym mówi Jollucha. Ale George jest pierwszym mężczyzną, który wie o czym ona mówi i to bardzo cieszy naszą narratorkę tekstu.  
April napisała, że planuje podróż do Polski i że w najbliższym czasie wyznaczy datę.
Po raz pierwszy od 9-ciu lat jej sąsiadka bliźniaczego domu ją odwiedziła. W tym samym czasie była także Janka jej koleżanka ze szkoły podstawowej. Na strychu podczas oglądania prac sprawa pracowni lekko drgnęła wsparta przez wiedzę Ulki i Janeczki... Może coś się .ruszy w tej sprawie.
Grzegorz się zaoferował do zrobienia strony.
Zbliża się spotkanie w jej ulubionej kawiarni Kolorowej na Batorego prowadzonym przez reprezentantkę „Zwierciadła”.
Wszystko płynie i rozwija się po prostu fantastycznie.
Jednak najsmaczniejszy kąsek do opisania Jollucha zostawiła na sam koniec i teraz, gdy już miała się pochylić nad każdą przechodzącą pod jej palcami poprzez klawiaturę komputera literką, Jollucha zdała sobie sprawę, że w tej sprawie zobowiązała się do milczenia. Z czasem i ta tajemnica będzie wiadomą na razie trzeba cierpliwie czekać. Ale fantastycznie się życie jej ostatnio otwiera i układa – na prawdę zdarzają się coraz większe cuda. I kondensacja ich jest bardzo zadziwiającym zbiegiem okoliczności pracującym na korzyść autorki tekstu :) (!)