środa, 6 kwietnia 2011

Swaty









Bóg w dom

Nieprzespane noce płatkami
rozpływających się róż w zapach mięty spadają.
Pozbawione baśni -
bezszelestnie otwierają drzwi i okna - na oścież.

Zarwane noce wytrącają
z ramion siostry śmierci. Od jednej zapałki - pożar...!,
Płoną zatopione w ciszy diamenty,
otulone językami ognia - cierpliwe odpowiedzi.

Bezsenna noc to gość w towarzystwie
luster, echa i przewodnika prądu
z... jęczącym gongiem zmywającym
resztki nadziei na normę.

W tyradach walki z pościelą rośnie siła
w tunelu kumulacji - i piękno szronu,
czystość szadzi u bram brzasku
- westchnienie akceptacji.

Aż szkoda, że odchodzi taki ktoś
- pojawia się bezczelnie,
znika pozornie bez śladu.
Bezsenne noce są... bezcenne.

  • chA.
Bydgoszcz, 13 Październik 2010. r.

Na przyjęciu Jollucha czuła się piękna nie zależnie od nieefektownych, niereprezentacyjnych ciuchów. Z tego świata wypisała się jakiś czas temu, ale zawsze może powrócić, jeżeli zechce zainwestować trochę kasy i czasu w swój wygląd fizyczny. Jollucha zawsze czuje się absolutnie czysta i piękna jak uświadomi sobie swoje zaplecze. Tym zapleczem są całe kosmosy z galaktykami i z planetami i z gwiazdami w ciszy klękającymi nad rzeką w czasie podnoszenia się wieczornej mgły. Tym zapleczem jest cud istnienia wszystkiego we wszystkim. Cud można tłumaczyć jak skrót do tryptyku pod tytułem „Ciało – umysł – duch”. Cud był tym większym cudem, że Jollucha zdawała sobie sprawę z własnej malu – lu – lu – lu – lu – sieńkości. Ona spek kurzu, odrobina tryliardowej części niewidzialnej cząsteczki cząsteczki miała zaplecze mieszczące w sobie nieskończoność większą niż jakakolwiek wiedza może ofiarować. A jednak istniała i jej istnienie potwierdzała radość przeżywania każdej dostępnej formy piękna, a pięknem nie koniecznie estetycznym czy eleganckim było wszystko. Wszystko, co było ludzkie nie było jej obce. Wszystko tworzyło ją z jej iluzją otaczającej ją rzeczywistości. I wtedy Janek – mąż jej siostry a jej szwagier – zapytał a właściwie stwierdził:
  • Wydajemy za mąż Jolkę? Szukamy dla niej męża?
Wszyscy zebrani w okół stołu zgodzili się jednogłośnie jak rzadko. Janek natomiast wystosował pytanie o parametry ewentualnego kandydata do ręki.
Jollucha poczuła zakłopotanie ale nie powiem, nawet chętnie przystała na swatanie i zrękowiny w domyśle, urządzone jej kosztem dla jej dobra.
Usłyszała swój własny głos:
  • Ale musi być obrzydliwie bogaty. Mam męża na utrzymaniu w razie czego, a do tego zdaje się, że znajdą się powody dla wydawania pokaźnych sumek.
  • Musi być reprezentatywny w skali posiadania zadbanych zębów i wolę takich z czupryną niż bez.
  • Dobrze żeby miał samochód, bo ja swój przetrwoniłam na rynku ciał i emocji. A także dobrze, żeby miał swoje mieszkanie.
  • Musi dobrze wyglądać i mieć odwagę ubrać czerwoną koszulę i czarne spodnie.
  • Musi być kosmicznie dobry i kompetytywny w stosunku do mnie, wrażliwy i inteligentny.
  • Musi kochać siebie najbardziej ze wszystkich rzeczy w sposób nieoczywisty ale pewny.
  • Musi być szczęśliwy nie zależnie od okoliczności. Szczęśliwy w ten sam sposób co ona, to znaczy po cichu ale wyraźnie.
  • Musi rozumieć jej niektóre wrodzone przywary takie jak dysleksja i to, że czasami się gubi i nie wie czy już jest w niebie czy jeszcze na ziemi.
     
Goście zaczęli machać rękami i pomrukiwać, że za długa ta lista życzeń. A Janek zabrał głos:
  • No ale to, żeby był bogaty to musisz odpuścić.
Na co usłyszał zdecydowaną odpowiedź swojej szwagierki.
  • łeee – machnęła ręką Jollucha - takich co to chcą spodnie ofiarować to ja mam na pęczki. Każdy patrzy, żeby się wbić na mieszkanie. Ja potrzebuję prawdziwego testu potwierdzenia własnej wartości i zaspokojenia realizacji siebie jako kobiety, urozmaicenia codzienności a nie dodatkowej kupy problemów i zmartwień. Nie po to chciałabym z kimś wchodzić w zażyłość i komitywę, żeby sobie pogorszyć dotychczasową egzystencję tylko ułatwić.
  • Ty się zastanów czy Ty w ogóle chcesz faceta – przemówiła Grażka.
  • Właśnie Ty się zastanów – podrzucił jakiś kobiecy znany głos.
  • Jest coś w hiszpańskim wierszu – kontynuowała monolog ta, do której skierowana była prowokacja – który mówi o tym, że wszyscy śmiertelnicy są tak na prawdę aniołami wyposażonymi tylko w jedno skrzydło, żeby móc fruwać musimy znaleźć sobie kogoś kto posiada skrzydło do pary. Wówczas trzeba się trzymać w bardzo dobrej komitywie i porozumieniu a także bardzo blisko siebie, żeby nie runąć na ziemię, bo później trudno się pozbierać.
„... O ho ho ho! Jollucha to twardy orzech do zgryzienia i swaty w jej wypadku nie są taką łatwą zagrywką jak się mogłoby wydawać...” – myślała sama zainteresowana w międzyczasie toczącego się dialogu. Zaczęły mnożyć się wspomnienia i przykłady z czasów naturalnego doboru kandydatów na życiowe zawieruchy, dole i niedole... Toluś dla przykładu chodził w konkury po ciężkiej pracy, więc u wybranki była okazja, żeby się wyspać gdziekolwiek siadł sobie. Jakiś tam inny wylewał w obliczu przyszłych możliwych teściów wszystko co przed nim postawiono na stole. „... I tak dalej i dalej potoczyły się referaty o różnych przypadkach zalotów i flirtów czy przyjaźni przekształcanych w poważniejsze formy zażyłości...
„... piaszczystą żółtą drogą jedzie wóz a za nim idzie wolno wielki i ciepły, pomarańczowy pies a nad nim unosi się zapach miodu w frunących za nim leniwie brzęczących pszczołach...” – o czym ja właściwie myślę - pomyślała Jollucha przyłapując się na niezidentyfikowanej formie twórczości, jednocześnie zdając sobie sprawę, że właśnie przelała w słowa odczucie chwili; leniwe i dobre, ciepłe i swobodne. W momencie przyłapania się na bezsensownej, nikomu niepotrzebnej w tym momencie kreacyjności zdecydowała o powrocie w kręgi toczącej się przygody realnie smacznych właśnie podgrzewanych potraw. U Grażuli i Janka zawsze była smaczna ryba.

Tak na prawdę to nie swaty były w głowie i na głowie Jolluchy. Żyła ona otwierającą się przed nią własną drogą szans i nadziei na własną niezależność materialną na długo na nią czekającą prawdziwą satysfakcję i jeszcze dłużej kiełkującą w niej świadomość o takim samym prawie do sukcesu dostępną jej samej jak każdemu innemu życiu pod słońcem. Wszystko co dotychczas robiła w Polsce było chęcią przełamania jej passy zawodów i poczucia zacierania czy zacinania się w trakcie procesu wychodzenia do społeczeństwa, nawet w najprostszej i podstawowej społeczności jaką jest rodzina. Sprawa działki  nią poważnie, ale to bardzo złamała, bo okazała się być potwierdzeniem jej dotychczasowych wzmagań w walce o siebie. Przez kilka miesięcy Jollucha z trudnością mogła złapać oddech, gdy jej wzrok a co za tym idzie myśli dotknęły działki, a przecież właśnie działka otaczała ją bezpośrednio. Upokorzenia na taką skalę jeszcze nie przeżyła w swoim życiu. Przez ostatnich kilka miesięcy próbowała całość niedawnej przeszłości odkreślić grubą kreską i coraz częściej jej się to udawało. Jednak wystarczyło, że przechodząc do szopki spojrzała na kupę poprzesuwanych kamieni na miejsce gdzie właśnie teraz miały rosnąć tulipany, irysy i cebulaki, albo na plac pod czereśnią, który kosztował ją tyle zachodu, czasu i nakładu energii a teraz całkowicie zrujnowanej formie niszczył zamysł całości kompozycji jej planu. Najważniejszą jednak sprawą był całkowicie zatracony kontrast dużych kamieni i małych, który zrealizowała Jollucha. Zabezpieczyła ona półkolistą przestrzeń małych kamieni przed nadmiernie porastającym zielskiem przy pomocy luźno splecionych worków zrobionych z długotrwałego włókna plastikowego podłożonych pod warstwę drobnych otoczaków przywiezionych znad Brdy. Na początku chciała kupić taką folię ogrodniczą w Castoramie, ale po obejrzeniu tej ostatniej i policzeniu kosztów, postanowiła raczej poprosić swoich krewnych mieszkających na wsi o worki od niektórych pasz. Między folią z Castoramy a folią uzyskaną z poprzecinanych worków była taka różnica, że jedna była czarna i droga a druga biała i za dziękuję. Dla Jolluchy kolor, który przykryła warstwą kamieni był nieistotny. Istotne było to, że worki te przepuszczały powietrze i wodę a skutecznie broniły przed przerastaniem kamieni przez zielsko, które normalnie trzeba usuwać regularnie przynajmniej co dwa tygodnie w ciągu lata. I jej przewidywania sprawdziły się; zielsko pojawiało się ale bardzo rzadko i to tylko kilka rodzai o być może bardzo małych nasionkach, których nie zatrzymała plastikowa bariera. Arka zaatakowała folię na podstawie swojej bardzo wyrafinowanej wiedzy ogrodniczej. Z wielką pasją kazała wynajętym pracownikom usunąć każdy jej kawałek. Już teraz widać efekty na kamieniach zrobiło się bardzo zielono. Ciekawe czy będzie tu co dwa tygodnie przyjeżdżała, żeby usuwać chwasty spod czereśni. Jollucha nie zamierzała się do tego zadania dotykać. Całe to bohaterskie przedsięwzięcie wielkiej znawczyni potrzeb ogrodu - urlopowiczki uskuteczniającej czynny wypoczynek kosztem swojej siostry przyprawiało Jolluchę o autentyczne uczucie nudności. Folia przygnieciona warstwą kamieni i w zasadzie niewidoczna, gdyby nie przesunięcie kamieni tworzących półokrąg miała podwójną funkcję. Po pierwsze już szerzej omówione blokowanie zielska, po drugie miała oddzielać warstwę drobnych kamieni do gleby. Kamienie nawet małe a tym bardziej w zwielokrotnionej ilości mają swoją wagę i nawet kiedy nikt po nich nie chodzi samoczynnie poprzez siły grawitacji wnikają w ziemię. Jest okres kiedy czereśnie są dojrzałe i pod owocującym drzewem zaczyna się ruch. Lepiej już dalej nie komentować decyzji przygodnej ogrodniczki od siedmiu boleści. Każda czynność Jolluchy w ogrodzie tak jak i w jej życiu była efektem analizy, dlatego wszystko co tam dotychczas zrobiła ma swoje logiczne uzasadnienie. Współwłaścicielki ogrodu, które przez cały pobyt Jolluchy w Polsce nie poniosły żadnych kosztów z powodu utrzymania działki i drobnych remontów takich jak wylewki podłóg w piwnicy i nie tylko, w swoich poczynaniach uporządkowania działki i wywiezienia zgromadzonych przez Jolluchę z trudem materiałów, nie respektowały żadnych jej wysiłków ani dotychczasowych osiągnięć. Jak w takiej sytuacji można się teraz spodziewać aktywnego udziału Jolluchy w pracach dotyczących działki? No jak? Przecież takie żądania wysuwane w jej kierunku są delikatnie powiedziawszy nielogiczne i bardzo niekonsekwentne.
Jedna 200 litrowa beczka i kilkanaście plastikowych 150 litowych beczek , wywiezionych przez nagle poczuwającą się do obowiązków właścicielki części działki, miało swoje przeznaczenie. Po zakopaniu w ziemi miały być małymi akwenami w okół strumienia dla bardzo oportunistycznych i szybko rozprzestrzeniających się roślin wodnych takich jak tatarak, kosaciec żółty, czy kilka rodzajów sitowia, oraz wysokich bazi słodkowodnych czy kilku gatunków trzcin... Beczki miały utrzymywać wilgoć, jak również ograniczać ekspansję roślin. Te beczki nie spadły z nieba. Jollucha je kupiła. To była jej własność, tak jak wiele zniszczonych jej rzeźb, będących powstającą serią elementów dla już realnego w marzeniach Jolluchy wodospadu. Wszelkie zgromadzone materiały nie były kupą śmieci, miały swoje przyszłościowe przeznaczenia. Wszystkie zgromadzone rzeczy były zdobyte nakładem pracy i kosztów.
Jollucha na prawdę uporałaby się już z większością bólu i upokorzenia jakie powodowały zniszczenia jakich dopuściła się jej siostra, z których usunięcie potrzebnej folii i przygniecenie tulipanów, irysów i cebulaków wcale nie było przestępstwem najgrubszego kalibru, gdyby nie to, że wiosna narzucała jej możliwość obserwacji kroków jakie podjęła jej siostra celem uporządkowania działki. Agh...!
Powtarzała sobie, że to co jej nie zabiło na pewno ją wzmocni. Póki co to tylko nie umiała pohamować drżenia na całym ciele, za każdym razem kiedy przechodziła koło kolejnych śladów rozbuchanej i oficjalnie zaakceptowanej i popartej przez członków rodziny żywej zbrodni.
Jollucha starała się być szczęśliwa mimo wszystko i udawało jej się to bardzo często poza momentami bezpośredniego kontaktu z terenem ogrodu.
To co było jej odskocznią, to kilka rysujących się szans na zmianę i pojawiającą się możliwość czy perspektywę tego, że w końcu uda jej się przepchnąć siebie przez barierę nakładaną przez samą siebie. O takim powtarzanym w swoim życiu schemacie wiedziała od bardzo dawna, oj od dawna. Prawdopodobnie od czasu klęski w dostaniu się na studia. Jollucha nie miała wyścia „B” a to, na które bardzo liczyła zatrzasnęło jej drzwi przed samym nosem różnicą jednego punktu. Wtedy były takie czasy, że dostawało się dodatkowe punkty za pochodzenie, albo te punkty były skrupulatnie odejmowane co wykazywały potem tablice ogłaszające wyniki konkursu czy egzaminu, który i tak, o czym Jollucha dowiedziała się po czasie, nie był uczciwy. I to właśnie rozłożyło ją na części pierwsze. Z racji wykształcenia jej rodziców zabrano jej pięć punktów. Ale to też było tylko wymówką. Jollucha miała świadomość, że jej prace były bardzo dobre, zdecydowanie bardzo dobre. Chodziło o bardzo dużą i nieuczciwą konkurencję. Już w Warszawie doświadczyła pierwszego ciosu poniżej pasa. Gdańsk, gdzie przegrała jednym punktem był już tylko powtórzeniem sytuacji w innej wersji.
Sekretarka przyjmująca teczki z pracami spuściwszy okulary na sam koniuszek nosa i przechylając całą głowę do przodu tak, żeby mogła spojrzeć ponad okularami swoimi zmęczonym, wypranym z emocji wzrokiem zapytała przeciągając trochę ostatnie sylaby z charakterystycznym zaśpiewem powątpiewania i z nadzieją, że ona ma rację:
  • A panienka z protegowanych...?
Jollucha użyła metody jej mamy – „koniec języka za przewodnika” - i odpowiedziała pytaniem:
  • A co znaczy protegowana?
Sekretarka spojrzała przez otwarte okna i poruszyła się pokazując w języku ciała, że na prawdę nie chcę odpowiadać na to pytanie.
  • Protegowana... to... znaczy..., że hm...., że panienka... ma kogoś... no wie panienka... kogoś kto... panienkę..., panienkę ... u b e z p i e c z a... ? ,...?
  • Nie wydaje mi się. - Jollucha sama się zlękła tego jak sucho brzmiała ta odpowiedź i już wtedy poczuła, że podłoga w sali przyjęć interesantów jest jakaś bardzo miękka.
  • A panienka z jakiego miasta??
  • Z Bydgoszczy.
  • A... Bydgoszcz... Bydgoszcz... to prowincje artystyczne – prawda dziecinko?? - to postaw tą teczkę tam o tam za tamtym kątem pod ścianą.
Po ogłoszeniu wyników, że po przeglądzie teczek Jollucha nie została dopuszczona do egzaminów sama zainteresowana miała okazję sprawdzić, że nikt nawet jej teczki nie raczył otworzyć. Papierki pocięte w równe paseczki, które określały uporządkowanie prac według technik nie były nawet o milimetr przesunięte. To był pierwszy cios poniżej pasa. Potem była cała artyleria podobnych przyciągających się wzajemnie i eksperymentujących na jej ciele, umyśle i duszy przypadków potwierdzających prawo przyciągania sobie podobnych. Takiej serii razem z bardzo poważną chorobą jeszcze nie doświadczyła w swoim dotychczasowym życiu. Jej choroba dopadła ją w wieku 22 (!) lat i wydawać by się mogło, że zamknęła jej przyszłość. Ale życie Jolluchy na chwilę, to znaczy na całe 6 lat, jeżeli policzyć od wystawy w wieku lat 13, toczące się główną przelotówką, postanowiło skręcić na bezpieczne dla niej. bo znane z pierwszych doświadczeń szkolnych, ścieżki. Były to rzadko uczęszczane ścieżki w zaczarowanych lasach i często tylko sobie znanych obszarach marginesu społecznego zamiast szerokiego nurtu radości i sukcesu. Przez kilka dekad Jollucha przewijała się od jednej próby, do następnej nie wierząc w możliwość ostatecznego powodzenia i możliwości samorealizacji w dziennym świetle dostępnym według jej obserwacji tylko szczęściarzom i protegowanym. Nigdy jednak nie straciła poczucia własnego talentu. Miała z nim kontakt i zdawała sobie sprawę o obowiązku wobec samej siebie i społeczeństwa o rozwijaniu tego o czym była przekonana. Wiedziała, że każdy jest taką zbiornicą talentów i uzdolnień. Przez świadomość swojego talentu i potwierdzaniu się zaobserwowanego stanu rzeczy nigdy nie zrezygnowała z kolejnych prób realizacji czy spełniania się poprzez udostępnione jej środki. Konsekwentnie wierzyła w swój talent. Przez fakt rozpoznania swoich uzdolnień miała i łatwiej i trudniej. Łatwiej dlatego, że nie musiała szukać. Trudniej dlatego, że znalazła... Nawet biblia potrafiła wwiercić się w jej sumienie. Była to przypowieść o zakopywaniu talentów. Talent był jednostką płatniczą w czasach Starego Testamentu tak samo jak moneta wzięła swoją nazwę od bogini bogactwa Monety w czasach antycznej Grecji. Jollucha nie miała najmniejszej wątpliwości, że skoro ona czuje się tak bardzo bogato wyposażona czy posiada świadomość takiego wyposażenia, to jej wewnętrzne bogactwo musi się kiedyś zamanifestować w pełni i zapewnić jej nie tylko samorealizację ale i niezależność materialną. Nie wiedziała jednak jak usunąć z drogi sobie samej samą siebie. Teraz na reszcie znalazła odpowiednie narzędzia i zdawała sobie sprawę, że na reszcie jest na drodze oczyszczonej z lęku o zagwarantowane dla niej i jej przypisane niepowodzenie. Dotychczas wiedziała, że doświadczenia lubią się powtarzać i zupełnie nie wiedziała jak przerwać łańcuch zrobiony z tych samych oczek? Jak wyjść poza własne doświadczenia? Jak wydostać się z koła, po którego zewnętrznym obwodzie wciąż chodziła wprawiając je w ruch? Czasami też spadała, ale o ile zachowała odpowiednią ilość równowagi - miała poczucie jakiej takiej równowagi, ale i powtarzającego się schematu w jej życiu. Taka postawa, najlepsza jaką mogła sobie udostępnić niczego nie zmieniała w jakości jej życia powtarzającego te same wstrząsające przeżycia w najróżniejszych wariacjach i wersjach. Ostatnio opisywane zdarzenie z ogrodem było jedną z takich powtarzających się wersji czy wariacji ogromu dramatu jaki co jakiś czas manifestowały jej niekontrolowane wibracje.
Kto szuka ten znajdzie i Jollucha na reszcie znalazła odpowiedź.
Największym jej bogactwem, w które wyposażyła ją natura była możliwość wnikliwej obserwacji. Jolluchę niezmiernie zawsze cieszył fakt, że często to do czego inni dohodzą za pomocą czytania i dostępu do informacji ona pozyskiwała drogą obserwacji i poprzez wyciąganie wniosków z własnych doświadczeń. Nie stroniła też od czytania. Przeciwnie miewała okresy absolutnego pożerania książek. W bibliotece odkryła regał z prehistorią archeologiczną. Dopóki nie przepuściła przez swój system całości tego, co tam było od pierwszej do ostatniej książki, Jolluchy po prostu nie było dla świata. Tym bardziej, że akurat w tym okresie na przeszło rok czasu była pozbawiona dostępu do komputera. Więc ekscytowała ją także wiedza zdobyta przez innych. Najważniejszą obserwacją Jolluchy, która została jej udostępniona przez samą siebie był fakt połączenia następstw jej własnych myśli. Po śmierci Anuchy i Marysi jej siostra Grażka była jedyną osobą w jej otoczeniu, która chciała i miała cierpliwość jej słuchać. Teraz, gdy już rozwikłała tajemnicę na własny użytek nie musi już przytłaczać Grażki systematycznym streszczaniem własnych spostrzeżeń i obserwacji – dzięki Bogu i ludziom. Biedna Grażka! Jak ona to wszystko wytrzymała? Jollucha analizowała własne sny a potem analizowała ich dokładną ale niespodziewaną realizację w życiu. Robiła to już kilkanaście dobrych lat. Jeszcze w Ameryce nauczyła się śnić świadomie. To znaczy ingerowała podczas snu we własne sny zmieniając ich przebieg. To co manifestowało jej życie to była zawsze udoskonalona wersja tego co mogło być oryginalną historią ze świata snu. Ciekawostką było to, że naukowe opracowania o tym do czego sama doszła czekały na nią dopiero w Polsce i to w języku angielskim.
Sen jest też myślą. Dla Jolluchy sen był ciekłą substancją materializacji rzeczywistości. A więc momentem, w którym jeszcze dopuszczalna była interwencja. Dzięki temu doświadczeniu Jollucha zaobserwowała, że słowa z Biblii nie zależnie od tego czy sama Biblia jest oryginalną wersją i czy ma swoje pierwowzory czy nie, potwierdzają się. A konkretnie wątek o tym, że słowo stało się ciałem. Jollucha wiedziała, że przeważnie ludzie myślą werbalnie. To, że akurat ona najczęściej posługiwała się obrazem było raczej ewenementem i wyjątkowym sposobem określania i rejestrowania wiadomości i spostrzeżeń i w ogóle życia. Jej pierwszym językiem był rysunek i często werbalny efekt powstawał lub był wynikiem udostępnionym na drodze transformacji czy korelatywnej, równoległej, alternatywnej ścieżki. Słowo u zarania swojej egzystencji jest przede wszystkim myślą. Sen jako obraz też jest wiązką myśli, często tak szczegółową, że wypowiedzenie czy określenie całości zajęło by znaczną ilość czasu podczas, gdy obraz przekazuje te wszystkie informacje za pomocą jednego uderzenia informacyjnego.
A więc jej myśli, te przekazane podczas snu, potwierdzały się czasem z taką niesamowitą ilością szczegółów na jawie, że Jollucha sama nie dowierzała sobie. Zaczęła więc zaraz po przebudzeniu zapisywać to co jej się śniło i wersję przez siebie poprawioną czy udoskonaloną tego co nazywała dla siebie ostatnim momentem. Później sprawdzała, żeby nie było, że coś prefabrykuje na użytek własnej rozrywki. Śniły jej się na przykład kwiaty na stole u jej sąsiadki i przyjaciółki Marysi. Kwiaty bardzo wyraźnie określone i opisane w szczegółach. Jollucha wykręciła wazon atrakcyjniejszą stroną w swoim kierunku. Tego dnia zadzwoniła Marysia, że jest jakieś ciekawe spotkanie u niej w mieszkaniu. Na stole w pokoju dokładnie tak jak śniła Jollucha stały kwiaty ze snu. W tym samym wazonie. Stół był nakryty wyśnionym obrusem. W wazonie stały kolorowe georginie, cynie i kilka astrów. Marysia widząc jak bardzo Jollucha wchłania scenerię koncentrując się na kwiatach, podeszła do stołu i wolno przekręciła bukiet tak, że Jollucha zobaczyła atrakcyjniejszą jego stronę. To jest tylko jeden z codziennych przykładów wertowania tego co miało się wydarzyć w czasie marzeń sennych każdej poprzedniej nocy. Czasami spływały całe pasjanse i filmy dotyczące najróżniejszych akcji jakie miały się wydarzyć i potwierdzić w jej życiu. Teraz już od pół roku Jollucha z wyboru nie ogląda telewizji. Był czas kiedy dla zabicia czasu i dla wyciszenia lub oddalenia kotła napierających na nią emocji i myśli telewizor w jej domu był włączony cały czas. Jollucha wyśniła ciąg zdarzeń w jednym z seriali dotyczących aktorki, dla której w ogóle ten serial oglądała. Następnego dnia z niesamowitym zdumieniem oglądała w telewizji swoją wersję wydarzeń napisaną zapewne przez scenarzystę kilka dobrych miesięcy wcześniej. Jedynym wnioskiem jaki się nasunął autorce tekstu było potwierdzenie się jednego z pierwszych naukowych twierdzeń, że myśli realizują się w rzeczywistości. Jollucha więc była świadoma tego, że musi nauczyć się selekcjonować myśli i je wybierać. Myśleć myśli świadomie tak jakby to ona była decydentem i wolą dozwalającą na myślenia a nie, żeby myśli myślały nią - jej mózgiem. Nie chciała być przedmiotem dla samej siebie czy instrumentem, przez który przepływają najróżniejsze myślokształty, które często w żaden sposób nie reprezentowały tego czego realizacji, materializacji czy manifestacji chciałaby się spodziewać w swoim życiu. Teraz wiedziała, że zabawa dzieci w świat „Na niby” jest wprawką do wizualizacji, które się później spełniają i realizują.
Od momentu zbierania dowodów na potwierdzenie tezy znalezionej w Bibli, że myśli są niezaprzeczalnym budulcem naszej rzeczywistości, a idąc dalej tym tropem, że rzeczywistość nie ma nic wspólnego z realnością jest tylko jej iluzją, Jollucha była już bardzo bliska od znalezienia i wypracowania metod uczenia się prawidłowego myślenia. Prawdą jest to, że każda pomyślana myśl już na zawsze istnieje i żyje własnym życiem przyciągając do siebie sobie podobne. Tak więc myśl tak jak wszystko inne co jest naszym otoczeniem wraz z naszym własnym ciałem jest tylko wibracją i wola nasza polega na świadomej selekcji tych wibracji. To co dopuścimy u zarania powstawania naszej realności to się jako ta realność dla nas sfinalizuje w materialnej postaci. Zanim powstał stół był najpierw myślą o tym stole. Tak jest ze wszystkim. Następnym krokiem w życiu Jolluchy na drodze do rozpoznania tajemnicy, było przypadkowe trafienie na wszystko to co było potwierdzaniem jej przemyśleń i doświadczeń. Ostatnio już tylko od czasu do czasu, ale był czas, że pasjami słuchała filozofii czy światopoglądu przedstawianego przez małżeństwo Esther i Jerry' ego Hick'sów. Przedstawiali oni jedno prawo uniwersalne, które rządzi życiem. Prawo przyciągania sobie podobnych lub trzy „P” : Prawo Przyciągania Podobieństw. Czyli jeżeli ktoś żyje według czterech „A” to taka właśnie rzeczywistość czy materialność oparta o cztery „A” jest jego udziałem; Afirmacja siebie, Adoracja siebie, Akceptacja siebie, Afektacja siebie. Co ważne zasady te nie będą realizowane tylko przez siebie samego, ale i całe otoczenie. Ważne jest też to, żeby posiąść umiejętność przez stałe ćwiczenia podawania myśli tak, żeby inni to sami zauważyli i zastanawiali się na czym polega źródło sukcesu danej osoby, niż żeby były nachalnie o tym informowane, bo wówczas sami sobie sikamy na własne nogi, lub sami siebie olewamy. Ostatnio Jollucha odkryła, że znacznie skuteczniejsze jest poczucie szczęścia w każdym momencie życia niż każda ilość tych samych cyfr, bo w to też wierzyła przez jakiś czas, czy liter wprowadzanych we własne życie. Poczucia szczęścia nie zależnie od okoliczności można się nauczyć.
Jollucha widziała już pierwsze rezultaty opisanej strategii wprowadzanej we własne życie. Wiedziała, że słodkich owoców będzie coraz więcej. Owoce te były zachwycające. Chciała jej jeść powoli, żeby każdym kęsem się móc do syta delektować.
Wiedziała, że kompetytywny partner, który nie będzie się obawiał czerwonej koszuli i czarnych spodni też się pojawi na jej drodze życia w taki czy inny sposób. Jollucha sama nie mogła się nadziwić dlaczego i skąd u niej wziął się ten szlagier czy schemat czerwonej koszuli i czarnych spodni. Przecież to był strój macho. A ona wersji macho w wykonaniu męskim, w swoim życiu nie dopuściła dotychczas i nie zamierzała tego zrobić teraz. Żaden z jej dotychczasowych partnerów takim typem nie był. Prawdopodobnie był to swego rodzaju test potwierdzający otwartość i gotowość jej partnera na udostępnienie i możliwość zapłodnienia nowymi horyzontami czy spostrzeżeniami swojego umysłu.
Z faktem dostosowywania się jej partnerów do jej tylko z resztą jednego pragnienia co do stroju, łączyły się przezabawne historie.
Fakt odejścia Grzegorza w swoje własne życie połamał Jolluchę i to solidnie. Kogo rozłam rodziny i perspektywa samotnego macierzyństwa nie złamałaby chociażby tymczasowo? Jollucha nie mogła się tego w żaden sposób spodziewać. Według jej dotychczasowych obserwacji jej małżeństwo należało do udanych. Jollucha nie wiedziała czego od życia się spodziewał ojciec ich potomstwa, ale znalezienie lepszej wersji tego, co było między nimi było według niej nadzwyczaj trudne jeżeli nie niemożliwe. Grzegorz doszedł do podobnych wniosków tylko o kilka dekad za późno. Za dużo historii się między nimi nabudowało, a szkoda, byli dla siebie stworzeni i takie piękne owoce ich uczucia się zrealizowały w ich realności...
W każdym razie jedna ze znajomych Jolluchy doradziła jej, że na jednego mężczyznę najlepszym lekarstwem jest inny mężczyzna. Jollucha nie narzekała na brak zainteresowania ze strony przeciwnej, bo pół światu tego kwiatu. Wybrała więc weterynarza z Polski. Który jest jednym z głównych bohaterów zabawnej historii dotyczącej czerwonej koszuli i czarnych spodni.
Grzegorz się spóźniał po odbiór dzieci tej Soboty. Jollucha miała już plany. Za stołem siedział ubrany w czerwoną koszulę i czarne spodnie weterynarz o imieniu Gerard G i przeglądał mapę planując ich wspólny wyjazd. Jak widać panowie dzielili te same inicjały ale nie tylko. Pojawił się Grzegorz ubrany w czerwoną koszulę i czarne spodnie. Panowie zostali sobie przedstawieni i podali sobie ręce. A Jollucha pomyślała, że życie potrafi być lepszym reżyserem niż dobry film.
Ale to nie koniec interesującego wątka z czerwoną koszulą. Było to jakiś rok później, też latem, ale już pod koniec. Jollucha z dziećmi została zaproszona na urodziny jednego z synów swojej przyjaciółki. Ponieważ dzieci chciały się spotkać i zobaczyć jedną ze swoich ulubionych dorosłych Grzegorz miał odebrać dzieci z przyjęcia urodzinowego. W międzyczasie Jollucha zdążyła się zoriętować, że weterynarz jej nie zupełnie podszedł, więc wymieniła go na informatyka o imieniu Jan. Janek sam z siebie bardzo lubił czerwony kolor i miał sporo czerwonej garderoby. Jollucha zasugerowała tylko czarne spodnie. Grzegorz poprosił o klucze do bagażnika Joli samochodu, bo chciał przepakować bagaże dzieci. Wtedy został poinformowany, że klucze ma ten a ten siedzący tam a tam, bo to on kierował. Gości było bardzo dużo. W obszernym salonie Jollucha siedziała w towarzystwie młodych mam a po przeciwnej stronie zajęty poważną dyskusją z sąsiadem siedział Jan. Jollucha obserwowała jak Grzegorz, który ubrał tego dnia czerwoną koszulę i czarne spodnie podchodzi do faceta, który jest podobnie ubrany. Panowie wyciągają do siebie ręce. Potem Jan sięga do kieszeni spodni. Następnie Grzegorz wychodzi przez frontowe drzwi. Jollucha zdążyła pomyśleć, że historia lubi się powtarzać i przybiegły jej córeczki pożegnać się z nią.
Każdy z jej dotychczasowych partnerów nie obawiał się zrobić jej tej małej przyjemności posiadania w swojej garderobie czerwonej koszuli i czarnych spodni. Nie inwestowała też w taką ewentualność zbyt dużych nakładów energii czy czasu.
Następny jej partner też będzie miał taką koszulę i spodnie. Przynajmniej na taką ciągłość w życiu mogła sobie pozwolić. Poza tym każdy z jej dotychczasowych partnerów czuł się w świecie wszechobecnej elektroniki jak ryba w wodzie i fajnie by było gdyby ta zasada też się potwierdziła. I jeszcze jedno wszyscy byli ściśle związani z fotografią.
I jak tu nie cieszyć się życiem. Ono potrafi być zaskakujące i nieprzewidywalne, nieoczekiwane i bajecznie zabawne. 


 

poniedziałek, 4 kwietnia 2011

Kamienie


Istotą życia jest w nim uczestniczenie
i przynależność do więzi. 
Istotą życia jest wymiana różnorakich darów.
Wypadkowa doświadczeń i ciężary losu
podrzucały różne kwiaty. 
 
Podważała głaz, który przygniótł ją i zmiażdżył, 
był większy i cięższy niż lita - przeogromna skała,
wychodziła na brzeg z bagna...zrośnięta z kamieniem,
zapaść zdrowia wyrównywała szansę
z zaczynaniem od nowa.... 
 
 chA. 
 
    Bydgoszcz, 03 pażdziernik 20101.r.
 
 
Jollucha czuła się wolna jak ptak, kolorowa jak motyl i coraz młodsza. To nic, że wczoraj z rana jej zwieracze w drodze powrotnej do domu z jakiejś niewyjaśnionej przyczyny zawiodły. Wielu się takie historie przytrafiają, nikt o tym nie pisze referatów - a szkoda – po czasie to nawet śmieszne. W Polsce dostęp do toalet, już nie wspomnę o jakości i odpłatnościach, co jest folklorystyczną egzotyką w ogóle, jest bardzo określony. Jeżeli chodzi się dużo pieszo, to w ogóle jest się na łasce krzaczków, co często widać wśród rodzin obarczonych małymi dziećmi. Rodzice są bezradni a dzieci skazane na przyswajanie nawyków jakich sami rodzice nie pochwalają a stosują tylko w wypadkach nagłych i wyjątkowych.
Jednak Polak jedzie w wielki świat, bardzo często z dużego miasta w polskim pojęciu; przykład krakowsko – waszyngtoński i sika na parkingu postojowym przed dużym kompleksem handlowym. Wewnątrz jest cała masa dostępnych, czystych, pachnących, wyfiołkowanych kibli. Ale tak jest po prosu nauczony. A tu zaskoczenie. Na poczekaniu wyrasta „pan władza” w wydaniu zagranicznym; uprzejmy i wyrozumiały i mandacik i jest nauczka w ramach wychowywania już wychowanych.
Każdy lasek z postojem dla samochodów powinien być w ramach przepisów zaopatrzony w pachnącą, wywietrzoną czystą ubikację. Jest jednak tak, że do przyparkingowego przybytku przyrody polskiej nie da się wejść. Jak okiem sięgnąć jest wynawożony z ozdobnymi papierkami na wierzchu. Z daleka wygląda to jak niesamowicie bogate wysypisko okazałych grzybów. Można się bardzo rozczarować. Jest to uroda kraju na dorobku i w trakcie przemian kulturowo – mentalnych i to się czuje. Taki obywatel typowego polskiego wywiejewa jedzie za granicę tu i tam i zakorzenia się w pobliżu olbrzymich skupisk wielkomiejskich rzucony na głęboką wodę i ociera się o zdumiewająco różne parametry w porównaniu do tych, wśród których wyrósł i które stały się częścią jego tożsamości. Jeżeli wraca tutaj to ma przynajmniej poczucie mobilizacji środowiska do dorastania, czy wyrównywania poziomu, więc przynajmniej ma marzenia, co ma oczekiwane reperkusje. Już nie tak beztroskie jest dla niego wyprowadzanie psa, który załatwia swoje potrzeby w czasie kiedy ten ze smyczą w ręku opala twarz korzystając z nagle otwartej przestrzeni wewnętrznej na wypoczynek na poboczu chodnika lub na trawniku hałaśliwej ulicy. Przechodzący przypadkowi uczestnicy takiego happeningu też udają, że nie widzą, chociaż często aż im gwiżdże w sumieniu, bo przypomina im się o ilości zarazek w powietrzu i o tym, że właściwie zmuszani są do przebywania wewnątrz psiej kuwety. Co krok to kwiatek, lepiej nie patrzeć pod nogi, ale jak się nie patrzy to najpierw zapewne własnym nosem  poczujesz a potem usłyszysz, że będziesz bogaty w przyszłości.
Jollucha wymyła się, wyprała i czuła się jak nowa, gotowa cieszyć się każdą chwilą życia. Nawet z potrzebami przewlekłej nadwrażliwości jelita grubego czy psiej konieczności podporządkowania się woli swoich właścicieli.
W banku spotkała ją za długa kolejka jak na jej ostatnie osiągnięcia na podstawie pracy nad własnym poziomem wibracji. „ Oho – pomyślała – oto stan moich wibracji. Wczoraj potwierdzenie z grubej rury a dziś długi ogon interesantów ...”
Udało jej się doprowadzić już do kilku kapitalnych i nieprawdopodobnych manifestacji. Osiągnięcia w tej dziedzinie należały do zdyscyplinowanych, konsekwentnych, i do końca świadomych źródeł każdego negatywnego kiełka u zarania własnych myśli. Uczenie się tak subtelnego i delikatnego, wnikliwego sposobu kontrolowania swojej jaźni poprzez wolę wyłapywania negatywów u podstaw było zupełnie nowym stylem i sposobem na życie w jej dotychczasowości.
W czasach jej lat dorastania, a właściwie w przededniu wieku podlotka, czyli okresu ninfetylizmu Prima Aprilis był okazją do śmiechu i zabawowego nastawienia. Już nie wiadomo, w której to było klasie ani na jakim przedmiocie. Do szkoły dzieci przyniosły czarną nitkę. Poślinioną uważnie nałożyły na szybę w oknie. Pani weszła i ani na jotę nie obeszło jej, że szyba jest popękana. Ktoś siedzący z tylnych ławkach wybąkał o poszkodowanej szybie. Pani powiedziała, że ależ oczywiście z okazji Prima Aprilis na każdej lekcji pęka inna szyba. W domu mama nabiera wszystkich po kolei jeszcze zanim wyszła do pracy. A to, że ma dziurę, a to, że plamę, a to że nitkę ma przyklejoną... Więc Jolka postanowiła się odegrać. Opowiedziała o mokrej nitce na szybie swoim siostrom. Siostrom spodobała się wersja nitki na czymś innym niż ubraniu. Musiały jednak odsunąć firanę bo efekt był mało dostrzegalny. Postawiły nawet krzesło przy oknie, tak, żeby mama na pewno zauważyła. Na tatę nie było co liczyć. On takich drobnych szczegółów po prostu nie zauważał. Miał głowę przeładowaną pomysłami i zamysłami, planami, sugestiami, możliwościami rozwiązania sytuacji problematycznych i po prostu żył poza detalami i szarościami codzienności. Nie zauważył nowego stolika pod telewizorem. Dopiero jak biało – czarny obraz mienił się na kolorowy zareagował i to bardzo donośnie. Na żarty jego kosztem był po prostu zły. Zaraz widział wszędzie burdel, bardak i bałagan. Mama zauważyła. Tak się jednak wylękła, że Jolka przyrzekła sobie, że już nigdy więcej nie zrobi żadnego żartu kosztem rzeczy wchodzących w wyposażenie domu. Mama wyobraziła sobie, że to ludzie z jej niewiadomych przyczyn chcą wybić nasze okna przy użyciu kamieni. W Ameryce dla Jolluchy Prima Aprilis było okazją do praktycznych żartów i zabawy.
Dwa przypadki utrwaliły się w jej pamięci szczególnie wyraźnie. Oba z jej inicjatywy. Emilka została właśnie przyłapana przez jej ojca, na dowodzie zbyt gwałtownej chęci wprowadzania uzależnienia od tytoniu we własne życie. Nie spłukała i pet wciąż pływał w ceramicznej muszli, w momencie, gdy jej tata chciał skorzystać z niego według przeznaczenia owego przybytku. Zostawiając tak ewidentną nieostrożność dawała znać, że jej nowe zainteresowania odkładają się kamieniem w jej sumieniu. Poinformowana o zdarzeniu mama – Jollucha we własnej osobie – zareagowała bardzo spokojnie ale w zaostrzoną czujnością nie pozostawiającą żadnych wahań czy braku zdecydowania w swojej postawie. Zamówiła przyspieszoną i natychmiastową wizytę u lekarza, nie licząc strat w szkole z powodu opuszczonych lekcji. Na wizycie poprosiła o wszelkie i przyspieszone badania jakie mogłyby wykluczyć lub potwierdzić jakiekolwiek uzależnienia jej dorastającej córki. Jollucha zdawała sobie sprawę, że jej Światełko dopiero przygotowywało się do wejścia w życie lansu i szpanu dla zaimponowania sobie i innym i nie był to żaden ukorzeniony nałóg, ale Emilka miała poczuć o co w tym wszystkim biega. Lekarz od ręki wypisał badania moczu, krwi i kilku włosów. Oczywiście Emilka wyszła czysta jak łza, ale musiała przejść przez pytania lekarza, zabiegowych i w szkole tłumaczyć dlaczego nie otrzymała uzasadnienia zwolnienia z lekcji. Jollucha jednak wiedziała o co jej starszej latorośli chodziło. Nie była to nikotyna, ale raczej gest i cały ceremoniał palenia. Więc w Prima Aprilis zadzwoniła do Emilki z rewelacją, że ma poszukać określonego kanału, na którym pokazują właśnie beznikotynowe papierosy. Emilka nie posiadała się najpierw z radości a potem z rozczarowania, ale kawał się udał.
Druga historia dotyczy Marianki. Marianka odziedziczyła bardzo wiele talentów po swojej mamie. Między innymi rękę do roślin.
Chętnie i łakomie przełykała wszelkie anomalie od reguł czy specjalne lub niespotykane wartości czy jakości w świecie roślin. Jollucha zadzwoniła do niej z wiadomością, że właśnie przegląda National Geographic i są ciekawe zdjęcia drzew, które rodzą makaron. Marianka chciała uiszczenia szczegółowego opisu makaronu. Wyzwaniu temu Jollucha zadośćuczyniła z duszącym ją od wewnątrz prześmiechem usprawiedliwiając się, że przeprasza, ale jest trochę przeziębiona. Po wyjawieniu powodu całego zamieszania w rozchwianej chwili des-koncentracji i poszarpanej niedowierzaniem córki przestrzeni pomiędzy rozmówczyniami obie razem śmiały się do łez przez telefon.
Teraz stojąc w kolejce w banku Jollucha popatrzyła na bardzo poważne miny otaczających i postanowiła chociaż trochę rozładować atmosferę za pomocą najbardziej znanych i trywialnych sposobów Prima Aprilusowych. Pani przed nią dowiedziała się, że blondyn jej się przyczepił na tle ciemnego płaszcza. A Pan z tyłu, ponieważ trochę za nadto zalatywał nikotyną sprawdzał, gdzie jest dziura wypalona przez papieros na jego rękawie. Pomogło i reszta czasu śmignęła na miłej i dość ciekawiej rozmowie o sytuacji, która jest bezpośrednią przyczyną kolejki i Jollucha musiała znów podjąć się roli podnoszenia negatywnej oceny i pokazywania tego co dobre niezależnie od kilku chwil spędzonych w przypadkowym ale miłym towarzystwie.
Humor był częścią spotkań rodzinnych w zamierzchłych czasach dzieciństwa Jolluchy. Tych z kolei było sporo. Oboje rodzice autorki pochodzili z licznych rodzin i każde miało własny zestaw przyjaciół. Na co dzień jednak dominowało napięcie wynikające z napiętrzonych zadań, jakie były w założeniach każdego dnia do przeorania. Napięcie to też wynikało z chęci znalezienia przez rodziców wspólnej wersji nakładającej się strategii czy sposobu na zdobywanie i odhaczanie doświadczeń. Żadne z nich nie chciało przyjąć pewnego zakresu wolności jakiej każdy z nich potrzebował na scalenie się ze sobą dla siebie samego, dla własnych małych przyjemności nie wpisanych w koszty wydatków na realizowanie własnych potrzeb. Żadne też z rodziców nie pozwalało sobie na pewien dystans względem wzajemnej percepcji swoich poczynań. Każde z bliska kontrolowało swojego partnera i dzieci traktowane były w ten sam sposób – ciutkę sztywno i z lękiem podszytym pod każdą decyzją o ich niewydolności przystosowania się do życia według narzuconego schematu postępowania. Ten stan rzeczy zostawiał bardzo mało miejsca na humor w codziennym wydaniu. Chociaż Jollucha zdawała sobie sprawę, że jej kłopoty i „wybryki” teraz z dystansu czasu wydają się bardzo zabawne i mimo braku momentu zaskoczenia i nieprzewidywalności wciąż wywoływały przynajmniej uśmiech jeżeli nie gromki śmiech. Tak samo bywało z jej dziećmi. Córeczki Jolluchy bywały w Polsce często, szczególnie w okresie letnim. Od wczesnego wieku też same były odpowiedzialne za spakowanie swoich rzeczy i przygotowanie bagaży podręcznych. Były to czasy pobłażliwości w stosunku do przewożonych rzeczy, które w czasie podróży mogłyby być wykorzystane w niecny sposób lub pod wpływem mało szlachetnych pobudek. Podczas powrotu z cało rodzinnej wyprawy wakacyjnej Jollucha zauważyła, że plecak Marianny musi być szczególnie ciężki na co wskazywała jej postawa. Jollucha zaproponowała, że chętnie potrzyma plecak swojego zielonego szczęścia, jarosza od najmłodszego wieku. Jednak sama się ugięła pod nadspodziewaną wagą tego, co mogła sądzić o bagażu podręcznym. Jej naturalną reakcją było pytanie: - „.... co ty tam masz – kamienie?...”
A Marianka najspokojniej w świecie odpowiedziała pytaniem na pytanie: - „ A Ty mamo skąd to wiesz, przecież nic nie widać?...”  Nie było zmiłuj się jej młodsze sto pociech nie tylko talenty odziedziczyło po niej ale także miłość do przyrody. W czasie sprzątania i porządków pod łóżeczkiem Marianny w dziecięcym pokoju sypialnym (ale to już znacznie później), można było wyciągnąć płaskie, obłe, bardzo ładnie wyszlifowane przez wodę kamienie, kolorowe szkiełka też wypolerowane w potoku, jakieś korzenie i inne skarby. W czasie transportu rzeczy związanych z repatriacją Jollucha przywiozła kamienie Marianny do Polski. Płaciła za dwa kontenery nie zależnie od ciężaru i ilości przewożonego bagażu a ponieważ zabierała wszystkie rzeczy, do których dzieci mogły być przywiązane czy mogły wiązać z nimi wspomnienia z przeszłości w przyszłości, zabrała i jej kamienne wspomnienia. Kamienie zostały w różnych miejscach w jej mieszkaniu w Polsce a dzieci rozjechały się po świecie i pozakładały własne gniazda. Opisane kamienie Marianka przynosiła a raczej przydźwigała z nad pobliskiego strumienia, który oddzielał posiadłość, na której stał kompleks bloków w stylu ogrodowym, w których mieszkała wówczas mama z dwiema córkami z posiadłością biblioteki. Biblioteka owa była jedną z pierwszych rzeczy, za którą tak na prawdę Jollucha zatęskniła w Polsce. W USA sieć bibliotek we wszystkich Stanach jest ze sobą połączona i istnieje ogólny spis ewidencyjny w komputerach, z których korzystają czytelnicy. Można też zamówić, książkę, która jeszcze nie jest w druku, a jest tylko do niego przygotowywana. W ciągu dwóch tygodni, członek biblioteki zostaje powiadamiany przez okres pięciu dni przez nagranie sekretarki automatycznej co kilka godzin o czekającej na niego pozycji. Powszechne jest też wypożyczanie książek w wersji czytanej, których treści można słuchać w czasie prowadzenia samochodu czy spacerów, a nawet w podczas wykonywania koniecznych ale rutynowych czynności jakich potrzebuje każde funkcjonujące gospodarstwo domowe. Jollucha będąc w odwiedzinach na Florydzie wypożyczyła tam książki, które potem oddała w Virginii. Po powrocie do kraju, już pomijając wielkość i przestronność na prawdę pięknych przybytków użyteczności publicznych w kraju gdzie uczyła się swojej wersji dorosłego życia i utrwalała tę wersję przez 22 lata, pomijając zapach starego papieru i kurzu jaki niezmiennie panuje w bibliotekach w Polsce, to daleko nam do tamtego standardu. Na początku Jollucha myślała, że biblioteki w Polsce w ogóle nie dysponują żadnymi nowymi książkami. Książki w tych samych okładkach z szarego papieru z tymi samymi opisami na grzbietach czasami z kanciastością charakterystyczną dla ludzi uczących się pisania przy pomocy stalówki i atramentu, stoją w tych samych miejscach dokładnie tak jak je Jollucha zapamiętała z przed trzech, czterech dekad. Później poznała panią zatrudnioną w jednej z bibliotek w szpitalu, gdzie Jollucha odwiedzała Anuchę a pracownica biblioteki swoją babcię. Trochę pogadały i okazało się, że nowe pozycje w bibliotekach dostaje się pod ladą po znajomości i w dodatku kolejka zapisana jest w istniejącym pod ladą zeszycie. Przez jakiś czas Jollucha miała dostęp do wszelkich najnowszych opracowań literatury w języku polskim. Po kilku jednak miesiącach kiedy intensywność spotkań szpitalnych wygasła, skończyła się niejawna pomoc w udostępnianiu modnych pozycji na czasie, ze strony krótkotrwałej zażyłości pomiędzy zainteresowanymi stronami. Po prostu Pani powiedziała patrząc jej w oczy, że ta sprawa została zamknięta i posprzątana, bo kolejka oczekujących zrobiła się za długa. Oj jak bardzo wtedy Jollucha zatęskniła za biblioteką, do której idąc na skróty przechodziło się przez potok pełen pięknych wyszlifowanych okrąglaków.
Kamienie pojawiły się poza trzema bodajże wyjątkami dość późno w życiu autorki. Trzy wspomniane wyjątki to po pierwsze kamień, na podstawie którego Jolcia chciała poznać i ocenić prawo przyciągania ziemskiego. Po drugie kamienie, a raczej dźwięk jaki pozostał zakodowany głęboko w pamięci piszącej, po wrzuceniu kamienia do studni, który mama pozwoliła tam wrzucić, żeby dzieci bały się studni, co tylko wzbudziło ciekawość małej Jolki. A po trzecie to małe, płaskie kamienie z nad brzegu jeziora, za pomocą których tata umiał robić kaczki. Pierwsza taka kaczka wyszła Jolce ale dopiero, gdy znacznie podrosła i pojechała do mamy swojej mamy, która też mieszkała zresztą nad stawem, w którym zatonęło nie jedno wspomnienie i nie jedna nieudana kaczka. W ogóle prawie wszystkie bliskie Jolce osoby mieszkały w pobliżu mniejszych lub większych zbiorników wodnych. Druga jej babcia mama jej taty mieszkała w bardzo ładnym poniemieckim gospodarstwie w kleszczach dwóch stawów; mniejszego i większego. Ten większy obsadzony był dziś już nieistniejącymi wierzbami ***, za to bardzo gęsto porośnięty jest teraz rzęsą, którą uwielbiają kaczki. Ten mniejszy już dawno wysechł i został zaorany. Posiadłość babci czy jej syna, z którym wówczas mieszkała zawierała jeszcze dwa wciąż istniejące stawy jeden na pograniczu czy na styku gospodarstwa Cioci Lucynki – jednej z sióstr ojca.  Następny leżał na pograniczu omawianego gospodarstwa i posiadłości Cioci Marysi, najstarszej siostry ojca, która jest żyjącą seniorką pięciopokoleniowej historii rodu tak jak do niedawna była nią babcia Janinka. Babcia Janinka przeżyła nie tylko swojego męża o prawie pół wieku, ale także pochowała za swojego życia kilku zięciów i trzech synów z dziesięciorga urodzonych dzieci. Babcia Emilia umarła pozostawiając wszystkie żyjące dzieci oprócz bliźniaczej siostry mamy Jolluchy, zmarłej w dzieciństwie. Za swojego życia pochowała tylko jednego zięcia. To były ogromne kamienie – śmierci najbliższych, człowiek zrasta się z nimi i uczy się je nosić w sobie do końca własnego życia, nawet jeżeli po jakimś czasie nie czuje już ciężaru rozstań i nauczy się z kamieniem albo z dziurą po nim żyć. 
Na przeciw gospodarstwa wujka Franka leżało gospodarstwo wujka Gieńka, bardzo wcześnie zmarłego brata ojca Jolluchy. Dom leżał nad dużym stawem obsadzonym gęstą leszczyną. Na brzegu stawu, pod krzakami leszczyny leżały ogromiaste, kolosalne kamienie, na które wdrapywały się okoliczne dzieci, wszystkie będące dla siebie bliskim kuzynostwem lub pokrewieństwem w celu zdobycia gniazd laskowych orzechów. Kamienie leżące na brzegu stawu odbijały się w wodzie tworząc złudzenie niesamowitej głębi. W wodzie miotły gęsto zbitych witek leszczyny były wręcz czarnym tłem dla jaśniejszych brył kamiennych.  Kiedyś Jolka odbiła się z jednego z  takich kamieni i chciała zawiesić się za pomocą nogi zgiętej w kolanie na jednej z gęstych gałęzi leszczyny. Gałąź nie wytrzymała obciążenia i Jolka w padła do wody w garści wciąż trzymała kilka orzechów. Woda była upiornie zimna, bo był to początek pogodnej jesieni o zimnych wieczorach i rankach. Staw okazał się płytszy niż przypuszczała poszkodowana i w myśli nazwała staw bagienkiem a nie żadnym stawem, chyba z zemsty za zniszczone czyściutkie ubranka w jakie wystroiła ją mama na odwiedziny u rodziny. Jolka nie przywiązywała wówczas tak wielkiego znaczenia do ubrań, ale wiedziała, że mama nie ma dla niej przebrania. Będzie więc musiała paradować w stroju którejś z jej kuzynek, a to nie była dobrze zapowiadająca się perspektywa... 
Gospodartwo Cioci Marysi i jej męża Mieczysława – chrzestnego Jolluchy było też pięknym wydaniem poniemieckiego dworku. U jego głównego wiejścia był piękny okrągły staw, teraz przez następnego właściciela zasypany. Od tyłu tego gospodarstwa był pobudowany w wystarczającej odległości od domu wychodek. Do ubikacji prowadziła droga pod ogromnymi dębami, które rozpostarły swoje konary wysoko ponad skośnym dachem z czerwonych dachówek. Gospodartwo było zapewne kiedyś okolone parkiem a kilka starych istniejących do dziś dębów i rząd potężnych świerków od przelotowej jezdni był pozostałością po nim. Pod dębami była wydreptana od częstego używania ścieżka prowadząca do nadwornej ubikacji. Ścieżka ta szła zupełnie pod murem z kamieni. Jolka po raz pierwszy zachwyciła się kamieniami w tym murze. Tak jak dom był wykończony dachem z dachówek, tak mur miał swój mały daszek z dwóch rzędów skośnie nachylonych takich samych dachówek. Jollucha nie mogła się nadziwić, jak można zbudować tak prosty, wysoki i tak długi mur z kamieni? Czy one były jakoś rozłupywane czy były takie naturalnie znalezione? To były pytania jakie zaatakowały Jolkę w drodze do wychodka. Wewnątrz panował znajomy smrodek jaki był nieodłączną atrakcją takich ubikacji. Na zardzewiałym, długim gwoździu wisiały gazety pocięte w małe prostokąty. Dlatego gazety były niezbędne w każdym domu. Miały swoje funkcje jako jedyne źródło informacyjne a także opisaną funkcję wtórną. Rzadko kto wtedy w Polsce wiedział o istnieniu takiego luksusu jakim jest papier toaletowy. Te pocięte skrawki były opóźnioną ale ciekawą lekturą, jeżeli ktoś zmuszony był tam posiedzieć dłużej niż chciałby ze względu przede wszystkim na trudny do zniesienia odór. W drodze powrotnej Jolka odnalazła przy murze poprzerastanym przeuroczymi kępkami mchu, całe chmary modrookich, kwitnących właśnie fiołków aż do samej ścieżki. Z zachwytu i zatonięcia w podziwie dla barw jakich mieszanką były doskonale ze sobą dopasowane kamienie, pokryte kępkami mchu skontrastowane z żywymi odcieniami fiołków na zielonym tle też poprzetykanym mchem ale już na ziemi, wyrwało Jolkę nagłe spostrzeżenie, że dom połączony z omawianym murem za pomocą wysokiej drewnianej furtki, u podstawy którego też rosły małe łąki fiołków, nie był cały z cegły jak dotychczas myślała mała dziewczynka. Dom stał na takiej samej solidnej podmurówce z kamieni z jakich zrobiony był mur okalający dziedziniec prawdopodobnie dawniejszego parku a teraz po wycięciu większości drzew stał się ogrodem, warzywnikiem i młodym sadem. Była wczesna wiosna. Drzewa owocowe zapowiadały bliską i nabrzmiałą wysypkę naręczy czy koszy kwiatów. Tymczasem jednak zarówno one jak i wysokie dęby cięły ziemię z fiołkami w szachownicę cieni od potężnych gałęzi. Poszatkowane światło było wciąż bardzo rażące i intensywnie jasne, ze względu na brak liści.
Na omawianej posiadłości było kilka gniazd bocianich na specjalnie w tym celu umocowanych starych kołach od wozu na starych kikutach drzew też pozostawionych na wabika dla bocianów. Gniazda bocianie były też na kominach tego co teraz było przerobione na chlewnię, szopę, stajnię, oborę a było zapewne kiedyś funkcjonującymi czworakami przy opisywanym małym dworku.
Mur z kamieni zachwycił też Jolkę w miejskiej posiadłości, do której przenieśli rodzinę jej najbliżsi dorośli. To był zupełnie inny mur niż ten zapamiętany z wiekowego ogrodu Cioci Marysi i Wujka Mietka. Jolka widziała całe małe plaże kamieni w zakolach strugi na wsi, gdzie dotychczas mieszkali, ale tak jakby tylko częściowo zdawała sobie sprawę z ich istnienia. Tam jeszcze kamienie nie znaczyły dla niej tyle co drzwi szeroko otwarte ku przeżywaniu piękna. W plastyku Jolluchy ulubionym przedmiotem była rzeźba, być może korzeni tego zamiłowania trzeba się częściowo doszukiwać w późno dla niej odkrytych kamieniach. Ale póki co Jolka jeszcze nie chodziła do szkoły i stała przed murem z jury krakowsko - częstochowskiej wyznaczającym jedną z granic działki, na której stał nowy domek –  zrealizowane marzenie rodziców. Dom samodzielnie zbudowany przez jej tatę, przy ogromnym wysiłku obojga rodziców. Jej starsza siostra Grażka, ani młodsza siostra Arka, nie pamiętają muru- granicy z wapiennego kamienia w ogóle. Jollucha natomiast doskonale pamięta jak mała wersja Joleczki stoi nieruchomo przed owym kamiennym pięknem od początku do końca działki rodziców i patrzy, patrzy. Pamięta też przyjemne uczucie ciepła jakie dawał jej płaszczyk zrobiony z płaszcza jej mamy i przez nią uszyty. Pamięta lekką pokrywę śnieżną i najładniejsze buciki jakie mogła mieć mała dziewczynka na swoich nóżkach od zeszłorocznego Gwiazdora. Te buciki później dla bezpieczeństwa Jolka zakopała na działce. Nie potrafiła jednak określić gdzie i buciki przepadły.
Jolka nie mogła oderwać oczu od tego muru ani na wiosnę, kiedy porastał go perz, czerpiący wodę nie wiadomo skąd, ani tym bardziej teraz zimą kiedy na wystających zakamarkach, małych zagłębieniach i na gzygzakowatych nierównościach powierzchni zgromadziły się śniegowe czapy a sam mur miał nagle dorobiony półkolisty kurhan z białego puchu na całej swojej, krzywej długości.
Ten piękny mur tata wymienił z czasem na lepszą wersję płotu wykutego przez niego samego z metalu. Tymczasem jednak pomiędzy altaną a żywopłotem z dzikiej porzeczki leżała wysoka sterta piramidalnie ułożonych kamieni oddzielona od altany tylko przez podwójny rząd długich i grubych desek, które z czasem były wykorzystane do pokrycia szamba wykopanego na środku działki. Ta góra kamieni była niemal tak wysoka jak sama altana. U podnóża usypiska leżały ogromne głazy, które zostały wydobyte zarówno przez poprzedniego właściciela jak i tatę w czasie budowy. Tych kamieni jeszcze przybyło po wykopaniu szamba. Ciepła w kolorze góra kamieni też podobała się Jolce, bo podczas deszczu tworzyły się małe wodospady i kolor kamieni się bardzo zmieniał. A jak było bezchmurnie to każdy w luźno i przypadkowo rzuconych kamieni pracował na swój własny cień w południe. Sama góra też miała swój cień. Ten cień chodził dookoła góry nadążając za zmieniającym się kierunkiem oświetlenia. To było wszystko warte wnikliwej obserwacji. Gdyby nie wyraźny zakaz wydelegowany przez ciało rodzicielskie, że na górę nie wolno wchodzić, Jolka na pewno wykorzystałaby przystosowanie natury umożliwiające wdrapywanie się, skrabanie, które na pewno oferowałoby zupełnie inną perspektywę obserwacji a w odniesieniu do otoczenia pozostawiłoby fantastyczne wrażenie. Jolka bardzo ale to bardzo lubiła włazić na wszystko co było możliwe do przemieszczenia się w przestrzeni zapewniając sobie tym samym większą skalę bodźców. Jak już był inny płot, to tata postanowił zrobić z góry kamieni użytek. Postanowił przebudować już po raz trzeci szopkę czyli budynek gospodarczy. Dwie poprzednie wersje były drewniane ta w zamyśle taty miała przetrwać przez pokolenia.
Tata ogromnym, pięciokilowym młotem, który Jollucha jeszcze dziś podnosi z szacunkiem i respektem dla jego ciężaru, rozbijał najpierw te największe i najładniejsze kamienie. Jollucha nie wie co czuła jako mała dziewczynka oprócz podziwu dla ojca. Dziś czuje czczy żal, że te cuda znikły z działki, która musiała zapracować na cele wyznaczone przez plany wykończenia domku i uporządkowania terenu. Jest i wdzięczność za to, że stoi szopka, która dziś jest pokojem gościnnym dla jej dzieci, wdzięczność dla wysiłku jej ojca jak i materiału, z którego powstała. Na budulec na szambo i szopkę posłużył tłuczeń kamienny. Tata zawsze wiedział, gdzie uderzyć młotem, żeby taki kamień chciał się rozpaść. Kamienie co niepomiernie zdziwiło Jolkę były czasami puste w samym środku. A kilka razy tata odkrył na prawdę piękne wnętrza kamieni. Jolka nigdy przenigdy nie chciałaby zmieszać tego co mieniło się takimi niespotykanymi kolorami w przeświecającym je świetle z szarym cementowym błotem wymieszanym z piaskiem, wapnem i wodą, ale taki był los tego piękna. Jolka i Grażka pomagały w mieszaniu betoniarek, i w noszeniu cementu wiadrami na rusztowanie na którym stał tata i wylewał mury przyszłej szopki ujęte w szalunek zrobiony z grubych desek. Samą betoniarkę tata też sam zaprojektował, zrobił i zmontował i był z niej niesamowicie zadowolony. Z pomocy dzieci mniej, bo kiedyś pomoc dzieci wpisana była w ich życiorysy.
Co prawda niektóre mogły się uczyć a inne musiały ciężko pracować jak chciałyby malować czy się bawić rozwijając się kreacyjnie, ale wszystko ma swoje uzasadnienie i reperkusje. Jolka czuje dziś wielką dumę z tego, że czynnie uczestniczyła w procesie powstawania dorobku rodziców. Jollucha jest wdzięczna za wszystko co się dotychczas wydarzyło w jej życiu, bo to dało jej szansę na to czym zajmuje się dziś i na kogo dziś wyrosła i w co lub w kogo ma wciąż szansę się przepoczwarzyć lub dorosnąć, a może zbliżyć się do absolutu. Każdy człowiek czy jest tego świadomy czy nie dąży do doskonałości i żyje najlepiej jak potrafi i Jollucha nie jest wyjątkiem od tej reguły. Po tym jak trzecia i dzisiejsza zewnętrzna wersja szopki powstała znikła altanka. Następnym zadaniem ojca była kanaliza. A ukończenie jej wiąże się z zasypaniem szamba.
Tata potłukł wszystkie kamienie i wyrównał górki. Posadził drzewa i założył folię uszytą na maszynie z worków po nawozach sztucznych. Stelaż pod folię był zrobiony z rozkładanych części, które były co jesień rozbierane i składane na wiosnę? Tego faktu Jollucha nie pamięta dokładnie. Chyba jednak raz zmontowany stelaż już tak pozostawał z sezonu na sezon, a jedyną zmienną częścią była uszyta przez oboje rodziców folia, która służyła za cieplarnię przez wiele lat, aż do czasu gdy ogród przejęła Jollucha i już nieużywaną konstrukcje odstąpiła jednemu z braci ojca - Kazimierzowi.
Rodzice skrupulatnie usunęli wszystkie kamienie a Jollucha za nimi bardzo tęskniła. Jedną w pierwszych rzeczy jakie pojawiły się na działce były po przejęciu opieki Jolluchy nad ogrodem były kamienie... 
Kamienie mają niesamowitą architektoniczną i wypełniającą przestrzeń formę. Uszlachetniają ją i urozmaicają. Będąc w Stanach tuż przed powrotem w rodzinne pielesze Jollucha miała możliwość zajmowania się dekorowaniem wnętrz dla kilku zaledwie klientów. Dwoje z nich miało działkę zaaranżowaną za pomocą kamieni. Nie jest to tania impreza, bo centra ogrodnicze bardzo sobie cenią zarówno kamienie jak i ich transport. W Polsce w okolicznych wsiach można kupić niedrogo kamienie – tak zwane polniaki o bardzo różnych rozmiarach. Załadowanie też nie sprawia żadnych trudności, bo rolnicy posiadają obecnie najróżniejszy sprzęt. Za to sam transport jest bardzo drogi, bo kamienie swoje ważą. Jollucha oglądała kilkanaście rozwiązań bez kamieni i one nie budzą w niej takiego podekscytowania, nie powodują takiej frajdy co wykończenie z użyciem kamieni no i wody, w której te kamienie mają swoje drugie życie. Na kamienie mogą pozwolić sobie nieliczni. Na ulicy, na której mieszka obecnie Jollucha jest dom z działką wykończoną w stylu opartym o użycie kamieni i z wykorzystaniem ich zróżnicowanych rozmiarów. Jollucha nie wyobraża sobie jak wyglądałaby Dolina Pięciu Stawów bez kamieni. Każdy z tam użytych elementów z już istniejącą rzeźbą terenu i z ogromnymi, kilkuwiecznymi drzewami liściastymi, i wodą jest komponentem całości. Kamienie uszlachetniają, urozmaicają a także są kontrastem komponującym i określającym ten ciekawy zakątek. Kamienie są ostatnio modne. Kamienie są bardzo potrzebnym elementem malowniczości i urozmaicenia terenu. Mały ogródeczek Jolki nigdy nie byłby tym czym pozostał w jej pamięci, gdyby nie między innymi kamienie. W ogóle na tle uporządkowanych geometrycznych grządek i kwiatków sadzonych pod sznurek, co miało swoją niezaprzeczalną urodę, ogródeczek Jolki był nie tylko ewenementem ale niesamowicie malowniczą wyspą. I taką kamienną wyspę z niesamowitą ilością roślin ozdobnych odpowiednio uporządkowanych i zaprojektowanych według rozmiarów planowała wśród otaczających ją działek zrobić Jollucha. Miała pozwolenie i decyzję o urządzaniu działki według własnego stylu, gustu i projektu. Mama pozwolenie i inne małe decyzje później wyparła z pamięci, bo przeszkadzał jej tymczasowy bałagan. Nic co powstaje nie powstanie bez tymczasowego bałaganu, ale trudno widocznie dla mamy ważniejszy był porządek niż zadowolenie i nawet jakiś wymiar szczęścia córki. Ale córka kocha swoją mamę bardziej niż swoje pomysły, chociaż nadal nie pochwala metod, których użyła jej mama posługując się swoją młodszą córką i zorganizowanym wsparciem całej rodziny do celu unicestwienia marzeń autorki . A co dotyczy najmłodszej siostry Jolluchy, nie zależnie od kosztów i środków chciała wymusić wersję w danym momencie odpowiadającą mamie. Chciała jak najlepiej. Nic nie da się zrobić na siłę i poprzez zadawany ból i cierpienie chociażby jednemu istnieniu i chociaż miałby on być tymczasową wersją porządnie reprezentującej się działki. Ból i cierpienie nie jest elementem zbliżającym ludzi i nie buduje chęci współdziałania. Tylko poprzez radość i chociaż najmniejszą własną określoną odpowiedzialność majątkową do uzurpowanej własności, z ominięciem poniżania bliskich i poprzez pominięcie własnego egotyzmu można osiągnąć harmonię i piękno. Każdy kamień posiada własną jakość szlachetnej urody ale i ciężar – odpowiedzialność także. Przymuszanie, wymuszanie czy uprzedmiotowione traktowanie kogoś jak kogoś podwładnego lub własnego niewolnika nigdy nie przyniesie długotrwałego zadowolenia i oczekiwanej satysfakcji. Postawienie emocji i własnego znaczenia jako wartości na pierwszym miejscu zawsze się zemści, ponieważ jesteśmy systemem naczyń połączonych naturalnie dążących do wyrównywania poziomów. Jeżeli ktoś się spodziewa przez całe swoje życie sztucznego podtrzymywania swojego znaczenia czy wyróżniającej pozycji to nigdy jej tak na prawdę nie zazna. Idąc tym samym tropem jeżeli ktoś uzurpuje sobie a nawet bezwzględnie manifestuje prawo do własności to powinien ponosić część kosztów utrzymania jej w kulturze i w porządku, lub własność ta powinna być podzielona, tak żeby każdy wiedział co do niego należy i za co jest odpowiedzialny.
Jeżeli ktoś uzurpuje sobie prawo do własności, siłą narzuca swoje wizje porządku i stylu, niszcząc tym samym w bezceremonialny sposób już zaczęte plany i cudzy dorobek całych lat, a także jeszcze niezrealizowane plany i marzenia, to osoba taka powinna poczuwać się do odpowiedzialności materialnej za konsekwencje swoich czynów niezależnie czy działała sama czy w oparciu o zdanie innych.
Będąc w Stanach Jollucha nie ponosiła żadnych kosztów utrzymania działki, ale też nigdy w tym czasie nie myślała o powrocie do ojczyzny. Nie przejawiała też żadnych form kontroli i nie wtykała swoich macek w cudze ciasto. Jej uczestnictwo w sprawach rodzinnych ograniczało się do wysyłania regularnych przesyłek. Nie było rzeczy niemożliwej do wysłania. Jeżeli zabawki były za duże, to rozbierała je na części i wysyłała w osobnych paczkach otulonych w ciuchy. Jollucha nigdy nie spodziewała się żadnej formy rekompensaty, wdzięczności czy dziękczynienia. Ogrom satysfakcji sprawiło jej zdjęcie, na którym wszyscy członkowie rodziny byli ubrani w rzeczy przez nią wysłane. Tata kupił swoją Audi też za pieniążki, które zarobił podczas pobytu u niej. Nigdy nikt nie usłyszał jednego słowa na ten temat, bo była to jej cicha radość. Nigdy się po prostu nie zmieniła. Za czasów szkoły fotograficzno – filmowej nie było w Polsce nic na półkach poza octem i denaturatem. Czasami jednak trafiały się rzuty. Jeżeli Jollucha trafiła na taki rzut, kupowała rzeczy nie tylko dla siebie, ale dla każdego członka rodziny, który był w potrzebie, a w takiej wówczas byli wszyscy.
Eh, to były czasy... Lepsze, bo wyidealizowane przez czas, dystans i nostalgię. Jolucha uśmiechnęła się do siebie i spojrzała przez okno w siąpiące niebo wiosennego dżdżu. Ziemia i kamienie, a także kora drzew nabrała intensywniejszej barwy niż jeszcze tego poranka skąpanego w słońcu. Jollucha jest przekonana, że sprawy działki da się uporządkować i będą tylko jednym z wielu kamieni, ale kamieni posiadających duszę, z których ciężarem zrastamy się z czasem i już nie jesteśmy osobną częścią niewygodnych uczuć ale całością, której kształtem i nasączeniem możemy dowolnie kierować tak długo jak długo jesteśmy siebie sami świadomi. 
Jollucha wyjechała z Polski 1 Września 1979 r. wróciła
8 Października 2001. 22 Maja 2002 natomiast została prawnym właścicielem hektara z hakiem. Działka ta zawiera co? A jakże -  staw I niestety tylko 7 kamieni. Wszystkie w dodatku niemalże schowane pod kładką z desek przez rów melioracyjny, który znajduje odpływ w stawie. Staw zarośnięty jest tatarakiem i sitowiem. Podobno są tam pokłady torfu. W okół stawu rosną okazałe i regularnie przycinane wierzby głowiaste. Jollucha była przeszczęśliwa, jak były właściciel poprosił ją o możliwość obcinania 29 posadzonych w okół stawu wierzb na opał. Obcinanie czyli ogławianie pozwoli tym bardzo starym drzewom pożyć znacznie dłużej i w lepszej kondycji niż pozostawienie ich cyklom natury, w których akurat ten gatunek i rodzaj drzew w stanie braku ingerencji człowieka szybko kończy swój żywot i nie daje miejsc lęgowym kilkunastu gatunkom ptaków i małych ssaków . Jest to więc swoista symbioza między drzewem  a człowiekiem i skrzydlatą oraz futrzaną gawiedzią. Symbioza ta ma już kilka wieków historii za sobą, ale dobiega naturalnego końca. Nikt nie sadzi już wierzby tego gatunku, a te które wciąż są częścią polskiego krajobrazu są coraz rzadziej przycinane i szybko niszczeją.  Wyginięcie tego gatunku drzew pociągnie za sobą wyginięcie miejsc lęgowych dla ptactwa, co z kolei spowoduje zapaś tych gatunków populacji ptasiej, która wytworzyła nawyk przetrwania i przedłużania gatunku w oparciu o możliwość korzystania w bezpieczeństwa gęstych drobnych gałęzi oddalonych od ziemi na bezpieczną odległość. Świat się zmienia czy chcemy tego czy nie. I to jest przykład takiego stanu rzeczy. 

***
 Gatunek wierzby zwanej głowiastą. W co dwuletnim okresie wierzby te były systematycznie ogławiane dla pozyskania opału. Dziś nikt nie przycina regularnie gałęzi, które zamieniają się bardzo szybko w ogromne konary i powodują przyspieszoną naturalną śmierć drzewa. 

środa, 30 marca 2011

Cykoria

Jollucha wyszła z narożnego sklepiku obstawionego przy wejściu wiadrami i koszami pełnymi kolorowych, sztucznych kwiatów. Tradycyjnie kupowała tutaj olejki zapachowe. Tyle przyjemnych niespodzianek ją spotkało wewnątrz, że wciąż się do siebie uśmiechała. Bardzo rozgadane i miłe wzajemnie się uzupełniające i wchodzące sobie na przemian w słowo małżeństwo, prowadzące ten sklepik, w trakcie nawiązanych kilku wątków dialogu doinformowało ją między innymi o nazwie posianych przez nią roślinek pod płotem od wschodniej strony ogrodu. Posiała je kilka lat temu dla ich dekoracyjnego i chyba niedocenianego wyglądu. Koszyczki kwiatów w kolorze jasnego, ale intensywnego indygo na długich, żylastych i nagich, bezlistnych łodygach, zamykają się na noc. Kolonie tych roślin można spotkać wzdłuż torów kolejowych, na rowach melioracyjnych, w kępach na poboczach dróg a czasami także na miejskich niezbyt sumiennie pielęgnowanych trawnikach. Jollucha, ku swojemu niepomiernemu zdziwieniu dowiedziała się, że te przyciągające swoją skromnością i niepretensjonalnością o rzadkim kolorze kwiatki - to Cykoria.
Jollucha pamiętała swoją wersję małej Jolki zachwycającej się gorzkawo – słodkim smakiem spiralnie skręconych, gumiastych, bordowo – brązowych wyrobów cukierniczych. Zajadała się nimi siedząc na ławce w jaką wyposażony był wóz powożony prawdopodobnie przez któregoś z jej rodziców. Pleckami przylegała do przyjemnie ciepłego i akceptującego ciała. Powoli i z wielką uwagą wsmakowywała się w świeżo poznawaną słodycz podnosząc jednocześnie jeden ze swoich butów, w którym tkwiła jej własna noga prawie na wysokość swoich oczu. Jedną z pierwszych słodyczy jaką została poczęstowana w Stanach był właśnie opisany słodki cykoriowy patyk. Jollucha pomyślała wtedy, że to niemożliwe, żeby do Stanów przywiodła ją tęsknota za jednym ze smaków dzieciństwa. Poza tym, że cykorii dodaje się do kawy zbożowej Jollucha nie wiedziała nic o tej zagadkowej roślinie. I to było dla niej bardzo zastanawiające. Tęskniła czasem za smakiem prawdziwej kawy zbożowej bez żadnych dodatków. Zaraz po repatriacji udało jej się kupić kilka paczek Kujawianki w reliktycznych opakowaniach prosto z epoki, o której ta kawa mogła przypominać. Teraz dostępna jest tylko kawa w saszetkach, a Jollucha tęskniła za grubomielonymi fusami i dzbankiem pełnym czarnej lub serwowanej z mlekiem kawy z charakterystycznym hałasem płynu nalewanego do kubka.
Wóz, na którym siedziała Joleczka równomiernie kołysał się ze względu na nierówną piaszczystą drogę jak i niespiesznie idącego konia, i... ojej!, przecież jej plecki naciskały na stoicki i pewnie osadzony bok ojca. No więc jej tata w geście zamyślenia opierał zgięte w łokciach ręce na kolanach a w jego dłoniach tkwił bat i luźno zwisające lejce. Jaki był cel podróży?
Rzeczą, którą Jollucha zapamiętała była atmosfera jej własnego poczucia bezpieczeństwa w otaczającej nią scenerii krajobrazu i jej własnego zadowolenia z całokształtu sytuacji.

Zaraz po powrocie na internecie Jollucha z niesamowitym zdziwieniem odkryła, że paczkowana sałata służąca jej często jako satysfakcjonujący i bardzo wypełniający posiłek w Stanach zawierała co najmniej kilka odmian cykorii. Wród różnych sałat, listków botwinki, kilku rodzajów kiełków, listków szpinaku były kawałki intensywnie czerwonych liści, które dotychczas były dla niej ciekawą odmianą czerwonej kapusty o raczej sałacianym, gorzkawym, cierpkawym i ostrawym smaku. Była to cykoria rosnąca w luźno zwiniętych główkach podobnych do sałaty i kapusty włoskiej. Jollucha odkryła, że strzępiasto - listna sałata to też odmiana cykorii. Z palonych korzeni tej rośliny wytwarzany jest napój konsumowany bez lub z dodatkami takimi jak kawa zbożowa lub wyroby z cukru. To, że ona urodzona „ogrodniczka” nic nie wiedziała o jednym z najbardziej popularnych warzyw było dla niej bardzo dużym zaskoczeniem i okazją do spenetrowania pewności jaką dysponowała w świecie roślinnym. Była też wdzięczna, że nareszcie dzięki tak dziwnemu splotowi wydarzeń poznała nazwę ciekawej rośliny, o której dotychczas tak mało wiedziała, przy okazji wzbogacając swoją wiedzę. Zdawała sobie sprawę, że większość ludzi nic o cykorii nie wie. Był to więc ciekawie zapowiadający się kąsek konwersacyjny.
Osatnio w jednym z dużych sklepów branżowych Jollucha wyczaiła z nieukrywaną radością znajomą jej krajankę mieszanki sałacianej drogiej jak jasny gwint. Kupiłaby, gdyby nie oburzająca świadomość znanej jej ze Stanów czterokrotnie większej paczki o niższej cenie tego co uważała za podstawę. Trzy dekady temu w Stanach nauczyła się jeść warzyw w surowej postaci z różnego rodzajami sosami. Jedyną wadą tego rodzaju posiłków była ich krótkotrwałość a w związku z tym konieczność częstych zakupów. Wprawdzie w polskich supermarketach a także na małych straganach rynków nie można było dostać wszystkich komponentów zapamiętanych posiłków, ale kępy przysychających przebiśniegów i codziennie rozwijające się nowe kwiaty w ogrodzie podpowiadały jej, że już niedługo do sałatek będzie mogła dodawać świeżych liści gorzkawych mleczy, babki, czterech rodzajów mięty zachowanych na działce, drobnych listków tymianku, bardzo aromatycznych gałązek oregano, mało znanego w Stanach kwaskowatego szczawiu, można dodawać też różnych jadalnych kwiatów: nasturcji, turków, róży rosnącej w kącie ogrodu, płatków czerwonych maków i chabrów... i różnych nasion oraz bakalii. Smaczne i pożywne są omawiane posiłki i Jollucha z odczuciem napływającego wigoru i entuzjazmu przygotowywała listę zielonych zakupów.

Zaraz po powrocie z emigracji Jollucha dbała o ogród i to bardzo. Miał być jej. Nie tyle sam obszar ogrodu co możliwość czerpania satysfakcji z realizowanej inicjatywy twórczego zaangażowania. Szybko się jednak zorientowała, że jest za wielu współ - zainteresowanych, którzy uzurpują sobie prawo kontroli i narzucania im odpowiadającego ładu i porządku. Jollucha miała świadomość, że każda raz pomyślana myśl istnieje już na zawsze i jest źródłem przyciągania sobie podobnych myśli. Dlatego była absolutnie przekonana, że jej detalicznie i z najmniejszymi szczególikami opracowany plan zagospodarowania ogrodu będzie wykorzystany. Może nie tutaj i nie koniecznie przez nią samą. Wiedziała, że mózg nie jest magazynem informacji tylko urządzeniem transmisyjnym odbierającym poziom wibracji tak jak radio odbiera fale dźwiękowe zależnie od woli słuchacza. Jeżeli więc zdarzy się gdzieś podobny przypadek zapotrzebowania, to ktoś skorzysta z już gotowej całościowej lub fragmentarycznej wersji architektury ogrodniczej. Z czasów szkolnych Jollucha pamiętała wschodzące słońce nad polami zbóż i buraków pastewnych za równoległą ulicą widoczne zarówno z terenu ogrodu jak i z okien mieszkania. Małe wówczas drzewa są już dojrzale wyglądającym sadem... Dookoła ówczesnych zabudowań pola zmieniły się w wyrastające bloki jak grzyby po deszczu. Rankami cień zalega na dużej części działki do wczesnych godzin przedpołudniowych. Ostatnią krowa pasła się na pętli autobusu 55 jeszcze dwa lata temu. Była ona ewenementem krajobrazowym jak i ciekawym obyczajowo obrazkiem na tle otaczających ją kolorowych bloków i ruchliwych ulic a także udokumentowaniem dynamizmu dziejących się przemian. Okalające działki z wyjątkiem kilku przykładów były powtarzającą się kalką podobnych wzorów, tak że zaczynały być oklepanym i przeciętnym sposobem zagospodarowania przestrzeni, której praktyczne przeznaczenie uległo zdecydowanemu przewartościowaniu. Dla wszystkich mieszkańców pobliskich domów jak i dla rodziców małej Jolki przyzwyczajonych do samowystarczalności i zaradności oraz niezależności od rynku, ogród był źródłem dodatkowego zarobku lub często podstawą utrzymania. W tym czasie gród rodziców korzystał z przestrzeni i przejrzystości, teraz woła o kameralność i prywatność oraz przekwalifikowanie funkcji z dochodowej i praktycznej na typowo rekreacyjno – wypoczynkową nagle optycznie bardzo zmniejszonej powierzchni. Takie dostosowanie natomiast potrzebowało stałych nakładów finansowych. Projekt Jolluchy zagospodarowania oddanego jej terenu był odpowiedzią na wszystkie wyzwania jakie narzucała teraźniejsza wersja sado – ogrodu. Przełomem w przejęciu omawianego skrawka ziemi okazała się poważna choroba. Jollucha sama była zaskoczona przedłużającym się okresem jej trwania i czasem potrzebnym na rekonwalescencję i powrótem do już zmienionych zasobów energetycznych jej organizmu. Jollucha chwilowo straciła płynność finansową i została bez środków i tymczasowo bez źródeł dochodu, które byłyby zapleczem do możliwości natychmiastowej kontynuacji zaczętych projektów. To co było konsekwencją takiej sytuacji już więcej nie będzie miało szansy powtórki, bo Jollucha z bólem w sercu zrzekła się przyznanej na początku szansy na radość realizowania własnych propozycji, których owocem miała być nie tylko satysfakcja z osiągnięcia założonych celów ale także udział w przygodzie czy w budowaniu drogi prowadzącej do powstawania całości.
W okresie jej dzieciństwa i wczesnej młodości dla wielu przydomowe ogrody były podstawą utrzymania i głównym źródłem dochodu. Dla jej rodziców ogród gwarantował dodatkowe zyski, które natychmiast były przekształcane w materiały, za pomocą których dom był powoli wykańczany a całość posiadłości nabiera dzisiejszego kształtu.
Tata zasiewał ogród bardzo wcześnie i dopiero po zebraniu plonów roślin zimnolubnych działka była zagospodarowana pod uprawy całosezonowe. W lutym na oknach mieszkania pojawiały się płytkie kartoniki z wysianymi pomidorami, ogórkami, a wszystkie kapuściano - podobne wysiewane były z przeznaczeniem na rozsadę w inspektach. Dzieci uczestniczyły we wszystkich zajęciach rodziców. Budzone były na kilka godzin przed zajęciami szkolnymi do wiązania pęczków z przeselekcjonowanych przez rodziców wiązek. Najdokuczliwszym punktem całości zadania nie były nawet bardzo wczesne pobutki, z którymi Grażka miała znacznie więcej kłopotów niż Jolka, ale sakramencko zimna woda służąca do płukania wiązanej rzodkiewki, koperku czy pietruszki. Ręce dziewczynek były zaczerwienione, bolesne, zgrabiałe a twarze zacięte w chęci wywiązania się nałożonego na nie zadania. Arka najczęściej była zwalniana z większości zadań z powodu uczenia się po nocach.
Dziewczynki dostały od mamy własne ogródeczki odseparowane ścieżkami od jej własnych grządek. Jolce przypadł najfajniejszy kąsek, a możliwe, że taki z tego co dostała zrobiła. Grażka z powodu swojego najstarszeństwa otrzymała największą grządkę pod garażem. Zasiała tam marchewkę, pietruszkę i trochę sałaty. Wciąż przybiegała do Jolki by ta jej wyjaśniła, która z roślinek jest pożyteczna, a która jest niepotrzebna i nazywa się zielskiem. Traktowała swój ogródek jako jeszcze jeden obowiązek i raczej pańszczyznę niż przyjemność, starając się jak najbardziej wypełnić domniemane oczekiwania rodziców. Po zaledwie sezonie jej ogródek, który z czasem musiała doglądać mama, został naturalnie wchłonięty przez całość intensywnego wykorzystania każdej piędzi rodzącej ziemi. Arka dostała najmiejszy kawałek pod ścianą sąsiedzkiej szopki, który jeszcze pomniejszyła, bo jej koncepcja realizowania oczekiwań rodicielskich wymagała bardzo małego obszaru. Udeptała całość a później postawiła jeden pieniek, który służył jej do siedzenia i trochę większy pieniek do położenie książki czy zeszytu aby mogła się tam uczyć. Uczyła się tam tylko przez kilka godzin pierwszego dnia. Przyniosła sobie nawet kubek herbaty, która jej się rozlała z racji małej i trochę krzywej powierzchni prowizorycznego stołu. Jollucha zawsze miała nadzieję, że Arka zostanie naukowcem, ona wybrała profesję lekarza wypełniając tym niezrealizowane marzenia rodziców o wyższym wykształceniu, o prestiżu społecznym, o podniesieniu stopy życiowej, o statusie rodzinnym na innym poziomie niż ten jaki był wytyczną ich doświadczeń i wypadkową losu. Rodzice szybko zoriętowali się, że kawałek ziemi oddany w posiadanie najmłodszej córce można przeznaczyć na bardziej praktyczne założenia gospodarcze. Jolka w swoim raju sadziła najróżniejsze rośliny, które uznała za ozdobne. Jej ogródek stopniowo się rozrastał początkowo tylko o okalające ścieżki. Mama systematycznie dokładała do jej małej posiadłości aż oparła się ona o naturalne granice pomiędzy werandą, płotem sąsiadów a ogrodem rodziców. Grażka była egzekutorem założeń rodzicielskiej myśli organizacyjnej i w wolnej roli w jakiej Jolka czuła się z racji jej środkowej pozycji urodzenia, a także z powodu cech, z którymi przyszła na świat bardzo dobrze – ona czuła się niepewnie i bez odwołania do oparcia jakie dawało jej wypełnianie nakreślonego i narzuconego planu.
Jolka zwlekała na obszar swojego ogródka rośliny najróżniejszego pochodzenia. Posadziła tam biały bez jaki widziała w maminym bukiecie ślubnym na zdjęciu, dwa jałowce, które rosły tam przez kilka dekad i nawet kiedy pod murem sąsiadów powstała piaskownica dla dzieci Grażynki i jej męża Janka. Resztki ogrodu Jolki z tamtej wersji do dziś istnieją. Pod bzem była wkopana beczka a w niej co rok zakwitały żółte kosaćce, które przetrwały do dziś chociaż już w innej części ogrodu. Były kaczeńce ściągnięte z jakiejś łąki nad samo-nawadniającym się strumieniem za pomocą kawałka szlaucha (wąż ogrodniczy) o miękkim zwoju. Były mchy i porosty, a także kamienie i powykręcane korzenie, które wówczas podobały jej się bardzo. Jednak na szczegółowe opisanie zasługuje urządzenie, które Jolka skonstruowała jako pułapkę na mszyce. Zauważyła ona, że mszyce lubią jasne kolory. Znalazła więc niedużą, białą, plastikową miskę z niewielką dziurką na krawędzi zetknięcia się skośnego i wyprofilowanego boku miski z dnem. Powiększyła tą dziurkę wypalając ją do oczekiwanych rozmiarów za pomocą płomienia świeczki. Później w zakolu strumienia wykopała głęboką dziurę w ziemi. W niej umocowała pod skosem tak, żeby był zapewniony spływ czy ściek wcześniej odpowiednio przygotowaną miseczkę. Następnie do wbitej głęboko w ziemię gałęzi z rozwidleniem u góry przymocowała dużą zieloną butelkę po winie wypełnioną wodą. Butelka była natomiast przywiązana za pomocą sznurka. Sznurek docierał do okna pokoju, który służył za wspólną sypialnię trzech sióstr, a tam był zapętlony o metalową ramę łóżka Jolki. Pierwszą czynnością po przebudzeniu się przed paciorkiem, toaletą i śniadaniem było obowiązkowe pociągnięcie za sznurek, który przechylał butelkę ulewając z niej niedużą ilość wody i spłukując plon zebranych prawdopodobnie w oczekiwaniu na łatwy żer mszyc do podziemi wykopanych przez Jolkę i nazwanych przez nią Hadesem. Nie znała jeszcze wtedy mitologii greckiej, ale usłyszała takie określenie i według jej zrozumienia znaczenia wyrazu - była to adekwatna nazwa. Po spłukaniu swoich bezmyślnych ofiar biegiem leciała jeszcze w piżamach do ogrodu by sprawdzić skuteczność zasadzki. Nie usłyszała żadnej, bezpośredniej pochwały. Raz jednak widziała przez okno jak ojciec w Niedzielę, bo wtedy nie pracował, tylko spacerował po ogródku z założonymi do tyłu rękoma i się do siebie uśmiechał, podszedł do jej pułapki i jego uśmiech na twarzy ocalał a nawet w przekonaniu i w pamięci Jolluchy nabrał specificznego odblasku spokrewnionego z dumą. Podczas licznych wizyt rodziny lub gości ojciec zawsze przedstawiał jej wynalazek; „... A niech Jolcia wam pokaże co ona zbudowała?!...” I wówczas Jolka włączała program pod tytułem opowieść o mszycach, promieniując przy tym zadowoleniem i nieukrywaną satysfakcją. To była inżynieria myśli dziecięcej w najlepszym wydaniu. Podobnym konstruktorem okazała się też jej córka Marianna.
Każda z córek Jolluchy miała swojego kota. To, że każdy z trzech kotów jakie w tamtym okresie w swoim otwartym domu miała Jollucha miał swoją niepowtarzalną osobowość jest bardzo nieistotnym szczegółem w tym momencie opowiadania. To co ważne dla kontynuacji podjętego wątku to sprawa obowiązków każdej z córek Jolluchy, która była naturalną konsekwencją posiadania własnego kota. Musiały one bowiem na zmianę dbać o czystość kociej kuwety. Nikt nie lubi tego rodzaju zajęć, bo są one dodatkiem do całokształtu ogólnej przyjemności w tym wypadku posiadania z zadowoleniem mruczącego kota i który umie okazać zainteresowanie w satysfakcjonującej zabawie. Marianka przyszła do mamy z rysunkiem i wytłumaczeniem, że to jest maszyna do zabierania gówienek i ona potrzebuje wyszczególnionych części do konstrukcji wymyślonego projektu . Jollucha doskonale wiedziała co znaczyło dla niej nielubienie mszyc. Wybrały się więc we trójkę do pobliskiego sklepu z materiałami budowlanymi oraz dla  różnego rodzaju zainteresowań hobbystycznych. Marianka siedziała nad swoim projektem dość długo, ale w końcu ogłosiła triumfalnie, że jej urządzenie działa. Rzeczywiście chwytne ramię o dwóch sztywnych palcach spełniało wyznaczone zadanie, ale sama konstruktorka potrzebowała do tego bardzo dużo cierpliwości i samozaparcia. Marianka chodziła po salonie cała dumna i zadowolona pokazując swoje małe rączki swojej mamie albo sama się im przyglądając i głośno podśpiewywała: „.. Ja mam ręce dziadka, a ja mam ręce dziadka...”
Z jakiegoś powodu mimo zachęt stosowanych przez mamę, obie dziewczynki nie bawiły się z chęcią lalkami, chyba, że ze swoimi rówieśniczkami, które były częstymi gośćmi w mieszkaniu Jolluchy.
Marianka pasjami oglądała instrukcje obsługi różnych urządzeń, które nagrane na taśmie Jollucha regularnie znajdowała w skrzynce pocztowej a Emilka w tym czasie układała klocki. Słuchanie muzyki było ulubionym zajęciem obu pociech Jolluchy, a także rysowanie, które było tak jak w przypadku Jolluchy pierwszym językiem jej dzieci.
We wczesnym dzieciństwie obie córeczki Jolluchy tak jak ona należały do skowronków lub rannych ptaszków. Później obie przejęły zwyczaje czy usposobienie w tej kwestii po ich ojcu i stały się nocnymi sowami.
Jollucha całe życie wolała wcześnie wstawać i chodzić spać z kurami niż odwrotnie. Te wczesne poranki Jolka wykorzystywała na nieprzewidzianą pomoc rodzicom a tak właściwie na własne przyjemności. Uwielbiała pracę w ogrodzie i dlatego nigdy nie dostrzegała jej nadmiaru. Jollucha dokładnie pamięta jak Jolka zanim poszła do szkoły wynajdowała sobie zajęcia. Na przykład pewnego razu wyczyściła zagon truskawek dopiero przewidziany w niedalekiej przyszłości do obróbki w piętrzących się zajęciach „zagonionych” rodziców jak mawiała jej mama. Najbardziej lubiła chodzić i pracować na bosaka. Cieszyło ją pielenie krzaczków o białych kwiatkach, likwidowanie pędów a także podsypywanie roślinek. Jolka nie mogła się doczekać kiedy rodzice nareszcie zauważą i który z nich rozpracuje tajemnicze poczynania ich dorastającej córki. To było kapitalne uczucie nie dość, że lubiła to co robiła, to jeszcze rodzice się wyraźnie z tego cieszyli tym bardziej, że bywali zaskakiwani jej pomysłowością. Jolka robiła takie rzeczy nie tylko a konto pary rodzicielskiej. Nad wyraz kochała i bardzo była przywiązana do swojej babci Emilii, po której jej starsza córka przejęła imię. Babcia zajmowała pomieszczenie, które jest teraz kuchnią Jolluchy, a które służyło Babci jako pokojo – kuchnia.
Małe wówczas jeszcze drzewka owocowe zaczynały owocować i właśnie spadło ogromne, czerwoniuteńkie jabłko. Jolka sama by chętnie je zjadła, ale miała dla niego jeszcze lepsze przeznaczenie. Babcia miała otwarte okno i drzwi ze względu na „skwar i gorąc” jak sama mawiała. Jolka wyczekała aż babcia odwróci swoją uwagę i ona będzie mogła to wykorzystać. Babcia akurat jadła swój obiad. Jolka wyczekała pod oknem aż babcia zacznie zmywać swoje naczynia nad zlewem ciężko wspierając się o ów zlew na obydwu łokciach. Jak kot weszła do pokoju babci i na stole ułożyła jabłko. Po czym szybko uciekła. Usiadła na ławce pod oknem babci i nasłuchiwała. Staruszka się powoli odwróciła po czym podeszła do krzesła i usiadła. Miała zwyczaj relacjonowania na głos tego co widziała. Więc teraz Jolka usłyszała: - „....A to co?...” Po czym nastąpiła chwila ciszy. Jolka wyobrażała sobie jak babcia bierze w rękę smakowite, czerwoniutkie jabłko.. W świat jej wyobaźni wtargnął zdziwiony głos babci: „ Ki cziort czy pierun?” Jolka usłyszała skrzypnięcie krzesła i zdała sobie sprawę, że babcia wstaje z krzesła. Być może będzie chciała wyjrzeć przez okno. Wnuczka stwierdziła, że nie ma czasu do stracenia i chyłkiem czmychnęła w tył ogrodu. Tam za zasłoną wysokiego słonecznika najchętniej poskakałaby jak mała piłeczka, albo nakręcony bączek, była jednak już dużą dziewczynką i nie wypadało jej. Poza tym natura zadbała o jej włoski i teraz Jolka pragnęła, by się mniej układały co mama w niej bardzo sobie ceniła a bardziej się kręciły.
Jolka przed wyjściem do szkoły uwielbiała podlewać ogród. Na bosaka, bo tak najbardziej lubiła, a jak było trochę chłodniej to w korach. Do dziś ulubionym obuwiem Jolluchy są kory czasami zwane też trepami. Może dlatego, że tata sam strugał takie obuwie. Jollucha nie miała pojęcia. Na pewno na jej decyzje nie wpłynęły żadne zdrowotne argumenty. Chociaż w korach jest ciepło od podłoża i bardzo stabilnie.
Podlewanie ogrodu to następna historia żywo rysująca się w pamięci opowiadającej.
W tym czasie lekkie węże działkowe służące do podlewania były prawdziwym rarytasem trudnym do zdobycia. Tata miał o nich jednak własne zdanie; „ A takie barachło” - lakonicznie określał. Skombinował więc czy załatwił, bo załatwianie wówczas było podstawą przetrwania, gruby, czarny, ciężki prawdopodobnie jakiś budowlany czy kanalizacyjny wąż zdobyty zapewne drogą wymiany. Tata tego węża miał sporo. Tyle, że korzystając z jego niezaprzeczalnej praktyczności pod względem trwałości materiału, planował z niego zmontować automatyczny system nawadniający ogrodu. Ale zdążył tylko zakopać ten wąż, a teraz nikt nie wie gdzie i jak jest on ulokowany pod ziemią. Na początku, gdy Jollucha zaczęła się opiekować ogrodem wystawały końcówki grubego szlauchu nie wiedzieć po co i dlaczego, bo nikt nie został wtajemniczony w całość założeń taty. W planach Jolluchy było i to – automatyczne nawadnianie działki tak jakby kontynuacja myśli przewodniej taty.
Do tego grubego i ciężkiego węża tata dopasował miedzianą rurkę odpowiednio spłaszczoną na końcu tak, żeby podlewała zarówno z bliska jak i daleko. Jollucha uwielbiała satysfakcjonujące uczucie scalania się z ogrodem. W promieniach porannego słońca czasami można było dojrzeć pojawiającą się tęczę w dynamicznym strumieniu wody lub w maleńkich rozpylających się kroplach. Czasami też każda kropla zawiera w sobie małe słoneczko i te wszystkie słoneczka zespalały się ze sobą tworząc strumień intensywnego światła. Jak powiał lekki wiatr, co się zdarzało często gdy strumień wody miał sięgnąć roślinek pod płotem i trzeba było trzymać wąż bardzo wysoko, to drobna rosa osiadała na całym ciele podlewającej wywołując dreszcze i gęsią skórkę na powierzchni ręki. Z jakiegoś powodu roślinki wydawały się odzyskiwać ikrę i ich zgapiały wygląd ustępował ożywieniu. Na dużych liściach formułowały się maleńkie jeziorka a ziemia nabierała kontrastowej barwy tak, że wszystkie roślinki wyglądały radosne i wdzięczne.
Na koniec zawsze zostawiała swój ogródek do podlania. Lubiła patrzeć jak pije wodę mech i z zadowoleniem uzupełniała zapasy wody dla kosaćców. Do tego ogródeczka zwoziła skarby z każdego rodzinnego wyjazdu w plener. Bywali w lesie i na jagodach, których tata nie cierpiał zbierać i na grzybach, które i owszem lubił zbierać, bywali na wizytach rodzinnych i tak sobie dla spędzenia Niedziel. Soboty były wówczas dniem pracy i dniem zajęć szkolnych.
Na początku gdy rodzina osiedliła się na ulicy, której historia sięga typowo ogrodniczej genezy, aż do momentu kiedy mała działalność gospodarcza przestała być opłacalna, ojciec woził rodzinę na bordowej jawie. Ale i na nią przyszedł czas wymiany. Ojciec tak bardzo ją udoskonalił, że kupiec musiał jechać po dodatkowe pieniądze, żeby móc uznać ten udoskonalony i bardzo niespotykany egzemplarz za swój. Taty następnym nabytkiem była syrenka potrzebująca gruntownego remontu ale jaki to był remont. Tata musiał wymienić podłogę i karoserię, przeprowadzić kapitalny przegląd silnika i  doprowadzić go do stanu niezawodności. Sam szył pokrowce i wymieniał całość wyłożenia w środku samochodu, tak żeby było z tego samego materiału co siedzenia. Wstawiał nawet dekoracyjne wstawki z ozdobnego wężyka w trochę innym odcieniu. To był pierwszy samochód w rodzinie i wszyscy robili sobie zdjęcia w okół takiej okazji. Jolka znacznie bardziej wolała zdjęcia na grzbiecie konia, na oklep i najlepiej boso z umorusanymi  stopami , ale ona zawsze miała dziwne pomysły. Samochodzik był jak „ talala” jak mawiał tata. Nic więc dziwnego, że gdy otworzył swój pięknie wysprzątany bagażnik i zobaczył w nim to czego się mógł najmniej spodziewać, to zawsze się trochę unosił, burduszył i złościł. W jego otwartym bagażniku znajdował jakieś korzenie, kamienie, mchy, huby, ptasie gniazda, i całą masę różnych roślin wykopanych z korzeniami, a raz nawet skórę , którą porzucił wąż w drodze dorastania. Patrzył na Jolkę z przypływem nagłego wyrzutu i powtarzał, że znów badziewia, czortostwa i czarostwa różnistego nałapała chyba po to, żeby bardak i bałagan robić. Ale jego gniew i naburduczenie przechodziło mu po jakimś czasie, a Jolce prawie zawsze udało się przechytrzyć jego czujność. Tak rósł jej ogród. W Stanach przeszło dwie dekady marzyła o ogrodzie a także o antycznych meblach, które mama chciała sprzedać. Jollucha podejrzewa, ze właśnie z tych dwóch powodów los ją rzucił z powrotem na ojczystą ziemię. Tak się jednak ułożyło jak powinno się ułożyć, żeby rodzina mogła się rozwinąć w kierunku szacunku względem każdego jej członka i jeżeli zapłatą za ową przemianę ma być poświęcenie jej twórczego zaangażowania w naturalnie podyktowany rozwój ogrodu - to trudno. Każdy ponosi konsekwencje swoich decyzji – ona także. Stagnacja i zastój jest przeciwny naturze każdej jednostki ludzkiej. W życie każdej jednostki ludzkiej wbudowany jest rozwój, a co za tym idzie normalne jest przeobrażanie otoczenia na coraz doskonalsze jego wersje. Jollucha jest przekonana, że zachowawcze postawy prowadzą do chorób i depresji, dlatego mianowicie, że życie ani świat nie zatrzyma się dla zapewnienia wygody i spokoju ani na chwilę.
Dziś zapada już zmrok. Jollucha musi jednak chociaż na moment wyjść do ogrodu. Mama mówiła, że zakwitły białe krokusy. Musi je zobaczyć i nacieszyć się ich krótkotrwałym i szybko przemijającym pięknem.
Jollucha wie, że każda wizyta w ogrodzie wiąże się dla niej z ogromem bólu. Ale stara się odkreślać grubą kreską to uczucie, bo zadanie jakie chciała osiągnąć zostało już wykonane. Nie wiadomo tylko jak długo jeszcze będzie starała się pokonać uczucia, których świadomie nie chce zapraszać na teren kształtowania swoich wibracji. Mądrość ludowa mówi, że gdzie drwa rąbią tam wióry lecą. Jollucha bardzo chce już pozamiatać i chodzić po nowej, czystej karcie rodzinnej historii.