niedziela, 23 lutego 2014

Kuku!


Akcesoria


za lawiną słów...

za stosikiem kolorowych czapek z daszkiem,

za wieżą kapeluszy w cylindrycznych pudłach,

za rzędami przepysznych szali z drugiej ręki,

za ciężką biżuterią gromadzoną całymi latami,

za broszkami własnej asumpcji,

za łańcuchami wymownych korali,

za granicami poza możliwością przekroczenia,

tak na wszelki wypadek - dla wymówek,

ukrywam się przed przemijaniem,

przed za trudnym życiem,

przed podejmowaniem wyzwań woli,

przed pojedynkami z sumieniem,

przed szansą na nowe lub inne

przed ciągłą pogonią... za czym?

Tylko krople bezlitośnie spadających myśli,

drążą kamień czasu.

Czy zastanę nagle i dziurę w kamieniu -  

bez nadziei zmierzenia się z losem?

- jollucha. 20 wrzesień 2010.r.


- Będzie trzeba spiąć pośladki ale przypuszczam, że warto - zapewniła siebie uspakajając rozdrażnienie a może usprawiedliwiając podjęcie następnej "wygodnej" decyzji.
Na spotkanie szła zdaje się  lipową aleją. Jakie to drzewa okaże się na wiosnę tak do końca. Szła pod wschodnio - południowe słońce malujące długie cienie na szerokim gościncu  obstawionym ławkami  po obu stronach z częstotliwością zachowania odpowiedniego dystansu dla prywaty. Rytmiczne cienie drzew niczym wojsko ustawione do reprezentacyjnej musztry zostawiała za sobą. Mijali ją ludzie wyprowadzający swoje Azorki na poranny spacer. Szron topniał. Pojedyncze gałązki i siedziska ławek pokryława cienitka warstwa wody a może tylko wilgoci. W powłoczkach wilgoci iskrzyły się promienie słońca pokreślając przenikliwą urodę budzącego się przedwiośnia. Co kilka kroków mijała ptasie gromady złożone przeważnie z pastelowych gołębi ale także z czarnych, nastroszonych wron. Czasami się podrywały spłoszone, bo tak działał miarowy szwung jej kroków. Wzbijając się  w powietrze robiły hałas podobny do aplauzu lub wydawało się, że głośno kalszczą ich krzydła niczym brawa.
- A może jeżeli się wsłucham usłyszę gwizdy i bis? - żartowała sobie, bo szczypta ironii robi dobrze. 
Aleja prowadziła do klasycystycznego bydynku z pięknym elemetem widokowej wieżyczki na dachu. Główny gmach rozrastał się w dwa symetryczne ramiona po obu stronach elewacji. Dostojne okna przeciągnięte przez kilka pięter od góry dodawały koniecznego splendoru i otwartości. Szkoda, że wieżyczkę na dachu psuły odbierając jej pierwotną lekkość współcześnie zamontowane głośniki na okrągłych kolumienkach dżwigających stadzistość dachu... 
- Na prawdę brylancik - pomyślała Lajo jednocześnie zdając sobie sprawę -  że aleja drzew, które za chwilę miały się obudzić - podkreśla i uwydatnia scentralizowanie wrażenia jakie robi prawdopodobnie odrestaurowany budynek. 
Zwięczeniem jej porannej wyprawy miało być ujęcie w konkretne ramy codziennego wzmagania się z piórem a raczej pieszczenia opuszkami palców poszczególnych liter na usłużnej klawiaturze. Lęgnące się czy kiełkujące zarysy sięgały po swoje własne formy u kresu przygody. 
Wewnątrz czekała na nią jej siostra z któregoś wcielenia. Tym razem były trochę inne ponieważ Lajo przemalowała i wyprostowała sobie włosy. Proste włosy Lajo były  konsekwencją jej przygód z fryzurą, o której obie już wiedziały. 
- Odrosną... - powiedziała pocieszając ją Jol'a ze współczuciem.
- No pewnie! - zapewniła podkreślając śmiechem swoją wiarę w transformację chwilowej modyfikacji i pozwalając sobie utonąć w serdeczności uścisków.  
Uzgodniły, że Lajo zrobi dwa tomy w miękkiej okładce, którą Lajo sama zaprojektuje. 
Lajo już wiedziała, że na okładki obu tomów wykorzysta zdjęcia swojej córki Yanny. Dokładnie wiedziała które. Widziała obie okładki w detalach jakby już w tej chwili były gotowe.
Za dokładną edycję zabierze się za pół roku, bo tyle czasu mniej więcej potrzebuje w/g jej własnych kalkulacji aby zgromadzony materiał ogarnąć i ująć w treści. 
Jadąc aubusem w obie strony myśłala o tym, że właściwie rzadko aż tyle pamiętała z tego co z tak dużą wyrazistością śniło jej się w nocy. 
Najpierw bowiem bez przyczyny i jakoś tak bez powodu zadzwonił do niej Robin Williams i jej się zwierzył, że: "... I used to think that the worst thing in life was to end up all elone. It's not. The worst thing in life is to end up with people who make you feel all  alone..." 
Na co Lajo miała gotową odpowiedż przygotowaną już kilka lat temu wcześniej. 
- You are never all alone. You always can look in the mirror there is your best ferind for ever. 
Nagle wyrosła koło niej Myszka szarpiąc ją za rękaw z cierpliwością pożartą przez wymianę dwóch zdań konwersacji w języku, który sprytnie ukrył kontest rozmowy.
- Co on powiedział? I co Ty mu odpowiedziałaś? - pytała przysuwając się za blisko Lajo. 
- Bo on ma problem: czuje się samotny - odpowiedziała odsuwając się aby uniknąć kolizji ze zbliżającę się twarzą zaniepokojonej.
- I co Ty mu powiedziałaś? -  skutecznie dosięgała stanięcia w pełni słońca. 
- Powiedziałam mu, że jego najwierniejszym przyjacielem jest on sam. 
- To dlaczego znikł? - wierciła dziurę Myszka. 
- Pewnie taką podjął decyzję - strząsnęła z siebie odpowiedzialność za kolej rzeczy i poczuła się nieco mniej przybita do płaskiej powierzchni. 
Ledwo się jakoś wygrzebała z opałów konieczności wytłumaczenia się z każdego słowa a już pojawiły się zielone pagórki jak odcięte równe półkule pokryte równie przystrzyżoną roślinnością a może porastała ją herbata zaraz po oberwaniu nadających się do spożycia młodych pędów. Gdy już równiutkie, bajkowe pagórki się skończyły to zaraz z ich przodu pojawiły się regularnie przystrzyżone stożki mające symbolizować jakieś iglaki, pomiędzy którymi wiła się ścieżka do celu. 
Niebo nad całością było płaskie jak odwrócona tafla wody. Na gładzi wodnej rozchodziły się zsynchronizowane kręgi jak po wrzuceniu kamienia. Z tej tafli na ścieżkę spłynęło kilka płąszczyzn jak cieni a raczej w prostokącie zamkniętych toni pomalowych w centryczne okręgi powierzchi nieba, które stanowiła woda jakiegoś jeziora lub stawu.  Z prostokątów wykształciła się postać Indianina, który wyraźnie miał do niej interes więc podeszła. 
Jego gesty wskazywały, że oczekuje aby ona nastawiła ucha to on jej wyjawi jakąś tajemniecę. Co zrobiła z wielką chęcią, bo wiedziała, że Indianie wciąż mają trudności z dźwignięciem się z upadku jaki  zadał im biały człowiek. 
- So you're againts imigration? - powiedział i uprzedzając jej bunt dodał - Slendid! When do you live? 
Znikł znacznie szybciej niż się pojawił a razem z nim bajkowa sceneria zdarzenia. 
Pojawiła się mucha, która urosła w tri miga do wielkości konia. Na kadłubie ogromnej muchy na oklep siedziała Myszka zagubiona wśród trzech par odnóży.
Lajo domyśliła się, że lepiej od razu się wyspowiadać niż walczyć. 
- Ucieszył się, że przyjechałam do Pl'u ! - rzuciła w pośpiechu w stronę gotowej do boju. Myszka kiwnęła z aprobatą głową a może całą sobą spięła lejce i mucha odfrynęła kołując gdzieć po drodze.
Potem ni z tego ni z owego kochała się z kimś na wystrzyżonym trawniku lub na łące okolonej drzewami w słońcu a może na leśnej polanie... Wśród zielonej trawy nagle wyrosło popiersie Myszki i powiedziało do niej: 
- Kuku ! - i się zaśmiało, bo się ucieszyło, że Lajo jest w tej chwili dobrze. 
Lajo w jednej chwili oblała się potem i się obudziła niemal z krzykiem uwięzłym z niemocy spowodowanej sennym zamroczeniem. 
Poleżało trochę otrzeźwiała, odpoczęła a nad ranem zasnęła z powrotem. 
Otworzył się sufit w jej sypialni i prosto z nieba napłynął dźwięk jak piękny koncert. Z jakiegoś powodu przetłumaczyła sobie tę muzykę, bo muzyka była tylko jednym z wielu języków, którymi władała. Treść przekazu podniosła ją na duchu:
"... Look for signs from the Angles and you'll find them..." 
W autobusie pomiędzy analizą snów zwierzała się obcej, że język polki i angielski bardzo się różni i że w angielskim przeważają słowa krótkie i że jest bezpośredni, zrozumiały i głośny.
Polski z kolei szemrze, szumi i czasami skrzypi niczym szum strumieni albo liście drzew gdy prowadzą  z wiatrem rozmowę. Na koniec uznała, że słusznie zrobi gdy doda, że jezyk rosyjski jest kwintesencją bogactwa i pełni.
- Rosyjski co Pani! Chyba Pani powinna się przenieść w inne czasy! - wykrzyknęła obrażona przypadkowo dotychczas tolerancyjna słuchaczka. 
A Lajo zdała sobie sprawę, że właśnie dojechała na odpowiedni przystanek.
Poszła inaczej niż zamierzała więc nagle w pół kroku się zatrzymała, bo sobie zdała sprawę, że ona planowała docelowo wędrówkę w stronę alei drzew. 
- A cóż to ? - przystanął obok niej zdziwiony przechodzień o tubalnym głosie.
- Chyba powinnam zawrócić - odpowiedziała jakby spadła z miotły.
- To możemy iść razem mi w tamtą stronę po drodze - upewnił ją.
- Dziękuję ale... Miłego spaceru Panu życzę. 
- Spotkać tak piękną kobietę o pranku spowitą w marzenia... - narzekał bez zakończenia, bo spojrzała na niego jakby potrzebowała zgubionej przed chwilą miotły. 
Facet był przystojny w jej wieku i podobał jej się ale co z tego? 
Dopiero już idąc Aleją wśród wciąż uśpionych Lip zdała sobie sprawę, że pewnie to był Anioł, którego miała się spodziewać tuż tuż. 
Po powrocie i otrząśnięciu się z konkretów dotyczących swojej nowej ścieżki lub możliwe, że kariery zawierającej możliwość napisania dwóch  lub trzech  tomów, bo będzie to zależało od tego czy włączy fotografie swoich prac (?) 
Lajo zsunęła się w dawniej napisane treści szukając w nich nici lub dawno zagubionego kredo:
"... Ostatnio wpadłam w swój rytm..." - czytała -. "... Od małego dziecka potzebowałam mniej snu niż moje rodzeństwo i sypiałam bardzo lekko i czujnie. Kładłam się spać jak szarzało i wstawałam jak się zaczynało rozwidniać i zaraz wpadałam w to co akurat miałam na tapecie czyli tak włąściwie całe życie potępuję tak samo. Latem przed pójściem do szkoły pracowałam samodzielnie w ogrodzie a zimą czytałam przeważnie lub pisałam a nawet malowałam, ale malowanie to najczęściej uprawiałam zaraz po przyjściu ze szkoły przed obiadem i przed odrabianiem lekcji, bo malowanie było dla mnie ważniejsze od jedzenia i spania. 
Co ciekawe na obozach harcerskich czy stacjonarnych czy wędrownych a później także w internacie byłam zawsze jedyna, która chodziłam spać jak uważała (to znaczy z kurami) a wstawałam ze słowikami. Jak była na mnie pora to mnie obchodził tylko mój własny rytm biologiczny. Przyjście na świat dzieci to wszystko pomerdało i dopiero teraz zaczynam wracać do moich naturą podyktowanych przyzwyczajeń.  
Ostatnio to znaczy od dobrych kilku dni rzadko cokolwiek mi się śni w nocy. Czasami nagle w ciągu dnia tak bardzo zachciewa mi się spać, że dosłownie na chwilkę muszę się skimnąć i wówczas przydarzają mi się sny prorocze. Bezpośrednio przed uśnięciem a czasami tuż przed przebudzeniem; już wiem, że za chwilę się przebudzę, ale zdaję sobie też sprawę, że jeszcze śpię i wówczas śnię. Snienie prorocze u siebie odkryłam w bardzo wczesnym dzieciństwie. Przepowiadałam wówczas śmierci bliskich w rodzinie dla przykładu. Co za upiorna przypadłość charakteru u małej jasnowłosej, wesołej, jasnookiej zarumienionej dziewczynki z urody podobnej do obrazków z aniołkami. Przez całe życie zrosłam się z tą moja stroną osobowości. Rażka lubiła cały ten bagaż przedsionków do jasnowidzenia jak to nazywała. Moje sny są kolorowe, ale są nieme brak w nich dźwięku jeżeli są przekazywane w nich jakieś treści to odbywa się to drogą telepatycznego imputowania czy skali tonalnej, tak że wiem np; jakie brzmienie ma głos danej osoby, chociaż bez usłyszenia go. 
Są przedziały czasowe kiedy tęsknię do swoich snów. Jest mi nijako bez tych snów, tak jakby zabrakło mi nagle jakiejś części mnie samej. 
A tak na marginesie to moja babcia Emma - mojej mamy mama, lubiła mnie wykorzystywać do przepowiadania pogody. Potem sprawdzała moją wersję z radiową a potem jeszcze komentowała z wielką dumą, że jej wnusia miała rację. 
Możliwość przepowiadania pogody zanikła u mnie. Odkryła to Babcia mam wrażenie, że zachowała tę wiadomość dla siebie. Rodzice celowo chcieli stłumić niektóre udziwnienia mojej osoby, bo kiepsko wpisywała się w normalność. Może wprost mieli nadzieję, że to minie tak samo jak dzieciństwo?
Przez kilkanaście ostatnich lat trwała u mnie faza przedsenna. Odkryłam ją zaraz jak Gregor nagle powziął decyzję o odejściu w swoje życie i zostawałam sama w wielkim łóżku na noce pozbawione ukołysania w ramionach miłości i wówczas odkryłam, że zamiast się męczyć z brakiem snu, mogę zamykać oczy i obserwować obrazy jakie się wówczas dzieją za moimi powiekami czy gdzieś w przestrzeni. Po jakimś czasie odkryłam, że to co widzę to są prorocze treści objawione mi na krótko przedtem zanim zostaną zrealizowane w świecie materialnym. Czyli sen mówił mi o myślokształtach, które miały się dzień lub dwa później objawić w realiach. Tak więc myślałam sobie o moich przed sennych, ale już poza jawą się dziejących majakach jako o substancji ciekłej za chwilę utwardzonej materialnej postaci rzeczywistości. I tak spróbowałam wpływać siłą woli i koncentracji na owe sceny czy obrazy które były na prawdę, chociaż nieco wcześniej niż ich konkretność zaistnienia po przebudzeniu. Dla Gregor'a i tak byłam bardzo popieprzona i niezwykła i tego co już było mu za dużo. Po prostu bardzo zdecydowaną kreską odcinał się od wszelkiej duchowości do tego stopnia, że absolutnie wykluczał możliwość działania medycyny konwencjonalnej a nawet leków ziołowych. Co prawda mój argument o marihuanie, grzybach psychedelicznych i opium trafiał na podatny grunt ale na krótko. Jest w nim jakiś lęk poruszenia jakiejkolwiek struny, która mogłaby przenieść go w świat, który jest dla niego zagrożeniem, bo wykracza poza objętość kontroli jego umysłu, odczuć i fizyczności.
W każdym razie wraz z pojawieniem się majaków przedsennych, znikła pamięć snów nazywana fazą głębokiego snu w stadium późnonocnym. W przerwach pomiędzy mozliwością pamiętania snów a zaniku tej możliwości tęskniłam za nią... Bo o ile zjawy przedsenne działy się tuż przed moim nosem z małą przestrzenią i często bardzo monochromatyczne z małym wachlarzem kolorów z ciemny otoczeniem w tle tak jakbym sobie zdawała sprawę z tego, że śpię a w otoczenie pochłania nocny mrok o tyle sny późnonocne, były bardzo kolorowe. Wyposażone były w przestrzenie i horyzonty i perspektywy  i dlatego czułam się jak ograbiona po przebudzeniu. Oczywiście o przekrętach mojego charakteru poinformowana w tamtym okresie byłam tylko ja sama. Byłam jedynym świadkiem i jedyną osobą związaną całą gamą uczuć z nocną postacią siebie..."

- Ciekawa "Kartka" -  skomentowa Lojo - i o dziwo wciąż akualna. 
Przerzuciła kilka stron zaczęła i dała się wciągnąć treści:

"...Po tym jak wysłałam Tobie tę nieszczęsną Adele i bardzo się zasępiłam, że możesz to odebrać inaczej niż bym sobie tego życzyła postanowiłam się przespać, bo z czasów dzieciństwa i wczesnej młodości wyniosłam sposób na rozwiązywanie sytuacji trudnych; drzemka... "

- A to Cynt do Micho - pomyślała. 

"...Jak miałam jakiś problem to kładłam się w środku dnia na kilka minut snu i po przebudzeniu nagle doskonale wiedziałam co trzeba zrobić. Tylko w życiu moim się tak poukładało, że skala trudności tak bardzo poszybowała w górę, że jakoś zupełnie naturalnym wydawało się, że na problemy z  jakimi się zetknęłam wykluczają  usypianie w ciągu dnia, bo jest to zbyt naiwnym sposobem podołania zmartwieniom i troskom. Zabrakło mi wiary w to, że problem ma małą styczność ze snem w ciężarem swojego  gabarytu. Po prostu rozmiar problemu jest drugorzędną jakością w sposobie podejścia do możliwości jego rozwiązania. Zresztą napięcia, w których żyłam prawdopodobnie przekroczyły wszystkie znaną mi ówcześnie metody zachowawcze czy zgodne z harmonią potrzebną do podtrzymania funkcji zasadniczych dla ram wyznaczonych dobrostanem życia.
Tak więc postanowiłam się przespać z problemem pt; Adela wysłana Tobie.
I stał się cud. Możliwości rangi przeżyć, które zostały mi przekazane w moim śnie przekroczyły jakikolwiek zakres dotychczasowych nawet najpiękniejszych zjawisk jakie przeżyłam dotychczasowo na jawie.
Otóż były to kolory tak czyste, tak świeże, tak nowe, tak przedziwnie krystaliczne, tak intensywne, tak nasycone i po prostu takie, które odczułam i zobaczyłam po raz pierwszy. Te kolory przenikały się ze mną i mnie otaczały.
Micho, to jest w ogóle trudne do opisania do wyrażenia słowami, te kolory pochodzące z rozdzielności światła, nasycały mnie i ubogacały a ja sama rozsypywałam się w zachwytach pozostając cały czas dziwnie zintegrowaną całością o nieokreślonej masie i zupełnie nieistotnych kształtach. Przez długi czas po prostu zabraniałam sobie wybudzenia się. Chciałam już tak sobie być czystym pięknem do końca  o ile koniec tego uniesienia i błogości i stanu zachwytu i po prostu trwania w rozpuszczeniu się w kolorach światła może istnieć.
Zadzwonił telefon i skończyło się. Ale zaczęła się niesamowicie fantastyczna rozmowa z Rażką.
Rozmawiałyśmy cztery godziny i wciąż było nam mało.
Jak na jeden dzień to bardzo dużo otrzymałam prezentów od życia za darmo..." 

"... Ojejku... już po co tak piszesz... tzn w sposób, bo aż się dziwnie jakoś czuję... tak jakbyś mi była wdzięczna za rozmowę z Rażką... daj spokój..." - odpisał Micho. 

"... To niechcący.  Tak mi się napisało. Czasami bawię się słowem. A zresztą chciało mi się już spać, więc sobie pomyślałam, że sam sobie dorobisz treść, cokolwiek tam chcesz. Mam nadzieję, że szybko zapomnisz i znów będzie w miarę normalnie, aż do następnego razu, bo takie figle to ja mam we krwi..." - zapewniała Cynt

"... e tam nic nie przegięłaś... wszystko fajnie... dawniej u nas na południu jak ktoś za coś komuś 
dziękował to było takie powiedzenie: "Nie ma za co". To takie obskórne mi się wydawało tochę... A w St to tak ładniej się odpowiadało: "feel free to talk" albo "you are very welcome"... 
no to Ci życzę na dzisiaj najlepszego dnia..."

sobota, 22 lutego 2014

Małpa ta Franka




"... Winners are not Those who never fail, 
but Those who never quit!"

  
Po tym jak Lajo naharała się jak wół, a raczej włączyła się w nurt rozprzestrzenia obu akcji, które

zdobyły jej uznanie w obecnej sytuacji Ukr, spłynęły w jej stronę liczne komentarze lub prośby o

 wyjaśnienie dlaczego była przeciwna "Akcji masek" wczesną jesienią a teraz w czasie wciąż 

trwającej zimy kalendarzowej propaguje odwrotną postawę, to znaczy czynne zaangażowanie

 się w "Hałas dla Ukr" i "Świczki w oknie"?..
.
- To proste - tłumaczyła po kolei... aż w końcu napisała jedną informację i zaczęła ją wklejać dla

 każdego kto żądał od niej wyjaśnień w przedstawionej kwestii a jeżeli ktoś zadzwonił prosiła aby 

wszedł na jej maila to zastanie tam wytłumaczenie lub jeżeli ktoś wydawał się na prawdę 

rozżalony czytała już skonstruowaną odpowiedź czekając cierpliwie na okazane zrozumi

enie. Czasami przyczytana informacja była tak jakby pominięta możliwością usłyszenia i wówczas 

zaczynała się dyskusja. 

W tej chwili Lajo pamięta tylko te zdania, lub wypowiedzi wychodzące od niej kołaczące w jej 

umyśle niczym jakiś rozbujany gong z uporem powracający natomiast zupełnie zanikły pytania

 i twierdzenia strony przeciwnej. Wszystko co pochodziło ze słuchawki z drugiej strony

przypominało w jej pamięci dźwięk miętego papieru o wiadomym wypełnieniu, na które było 

tylko wytarte koryto jej argumentów:
     
-  Prawdziwymi zwycięzcami są Ci, którzy zwyciężają na terenie własnego dosokonalenia.

-  Wszystko czego pragniesz jest po przeciwnej stronie lęku.

-  Trzeba przestać czekać na właściwy moment, trzeba uczynić moment, który jest tym 

właściwym...

 Ale najwłaściwsze jak się okazało było wykazanie różnic. 

Otóż "Bal masek" to była prowokacja i nawoływanie do konfliktu, zastraszanie i wystawianie swojej

 gotowości zamiast powolnych zmian na własnym terenie dostępnym każdemu to znaczy na

 terenie doskonalenia siebie samego. Wzięcia odpowiedzialności za obecny stan rzeczy i działania

w celu zmian ale zaczynając od siebie samego. 

Podczas gdy obie akcje zarówno "Hałas dla Ukr" jak i "Świeca w oknie" to jest chęć rozbicia energii

jakie są składową już istniejącego konfliktu.

Wiadomo, że w każdej w wyliczonych akcji chodzi o sprzeciw przeciwko nadużywaniu władzy

przez garstkę uprzywilejowanych nad masami.

Lajo tłumaczyła, że Ci "uprzywilejowani" są tak samo biedni jak uciskani przez wyżej lub bardziej 

uprzywilejowanych, bo oni są tylko nadzorcami z ramienia cywilizacji w jakiej żyjemy i którą

 tworzymy na codzień dla siebie i tak na prawdę każdy z nas jest uplątany w wyścig zbrojeń, stałe 

pokazywanie na zasadzie konkurencji, że świat się dzieli na lepszych i gorszych zamiast 

nalezienia wspólnego mianownika, w którym różnice się uzupełniają.

Usiłowoła przekonać, że rozpoznanie w jakim momencie należy podjąć działanie i w jakim

 zakresie należy do nauki tańca zarówno na słońcu jak i podczas deszczu jakim jest życie i że w

 ramach mądrości są czasami momenty, że trzeba przeczekać nawałnicę, bo czasami pójdzie 

bokiem a czasami się unicestwi. Są też momenty, że konieczne są burze, bo po ulewie i piorunach 

lepiej się oddycha.

Zeszło jej na to całe popołudnie. 

Najpierw na rozmowy i przedstawianie argumetów a potem na walkę o konieczność zaprzestania

 odgrywania roli płyty, na której są nagrane jej własne słowa co prowadziło do anlizy wydażeń

jakie trwały, ciągnęły się co najmniej  całe jej dorosłe życie ze strzególną koncentracją ostrzy w 

ostatniej dekadzie.

Zanim miała świadomość całkowitej odpowiedzialności za swoje życie wszystko odkładała na 

karb 

karmy czyli losu, bo niby ciążyła na niej liczba dziewiętnaście i coś tam jeszcze...

Co prawda czasami tak jest, że trzeba można przeczekać burzę, bo w życiu większość konfliktów

 rozwiązuje się sama, ale czasami po prostu ominięcie konfliktu staje się mało możliwą opcją.

Chociażby Cyntia stanęła na rzęsach albo lewitowała w pozycji do góry nogami to i tak Myszka 

była poza możliwością zadowolenia tak długo jak to Cyntia miała przyznaną opiekę nad ogrodem i 
inne przywileje, które otrzymała z rąk własnych swojej rodzicielki z racji zawirowań, które

 bezpośrednio spadły i przygniotły ją niczym lita skała a  jakie dotknęły lub chwilowo zmroziły i 

wstrząsnęły całą rodziną bardzo.

Po oswojeniu się z sytuacją Myszka zapragnęła przywrócić znany sobie porządek rzeczy. 

Przy pomocy skłócenia rodzeństwa czyli swoich własnych córek przejęłą ogród. Zostały

 potłuczone rzeźby - rezultat kilkuletniej pracy inwestycji czasu, energii i nakładów finansowych 

takich jak wynajmowanej pomocy, kwitnący ogród został zniszczony i doprowadzony do

 całkowitego upadku. Cyntia po pierwotnym horendalnym szoku nauczyła się kochać postać

 ogrodu, który wyrósł na zgliszczach jej pracy i wzmagań z naturą. 

Co udokumentowała we wierszu zatytułowanym "Sado - ogród":



"...Siedem jabłoni zaszczepionych w kratkę,

Na jednym drzewie dwa lub trzy gatunki,

Pięć wiśni różnych w tym karłowe,

Trzy czereśnie; każda o odrębnym smaku,

Dwie śliwki już kończące dzieje swego losu,

Dwie brzoskwinki posadzone do tyłu dekadę,

Zagony jagód drzewiastych, malin i jeżyn bez-kolców,

Porzeczki w trzech kolorach, jadalna róża w rogu, 

Zagubione krzaki zdziczałych truskawek,

Ostatni agrest szczepiony przez ojca,

Pojedyncza pigwa zdołała ocaleć w gąszczach,

Ławice spokoju w wieloletnich klombach, 

Najwięcej jest forsycji i jedna magnolia,

Wierzb kilka rodzajów, bzy, kaliny, zioła,

Piwonia drzewiasta, trochę bylin albo samosiejki,

Pamięć po wyciętych gruszach oraz winogronie,

Kilkuletnie wilki dla nastroju i kimatu,

Mama w pochylonej pozie oraz śmiechy dzieci,

Wszystko w wysokiej trawie po kolana albo wyższej;

Raj dla motyli i koników ponych, much,

Pajęczyn ubranych w poranne krople rosy,

Perełkowiec z dwóch różnych światów, dzwonki
,
Deszcze rzęsiste, z piorunami nawałnice,

Dni upalne lub duszne, gra obłoków we wietrze,

Białe pióropusze kwiatów, hortencja, żarnowiec,

Ociężałe pszczoły pracujące w pocie czoła,

Echa zagonów warzywnych,krzywe krzesło,

Cieniolubne parzenice, przylaszczki i fiołki,

Derenie w liście mazane z bielą w deseń,

Orzech potężny - najwyższy w okolicy,

Skradający się zmrok i świetliste poranki,

Obdrapany mur sąsiadów, plamy i delikatne koronki,
  
Kameralność, marzenia, funkie i dmuchawce,

Próby wychodowania glicynii, łąki przebiśniegów,
  
Błyski i blaski słońca, zapachy, medytacje,

Zagłuszony berberys - w słońcu byłby w kolorach,

Wierzba mandżurska i karłowata brzoza z przodu,

Jawor pzycięty dla skondensowania kształtu,

Kilka iglaków, jałowców, bukszpany i ostrokrzew,

Rozedrgane światło - cienie na ścieżce z kamieni, 

Grupa krzaków leszczyny, ostróżki i jaskry,

Liści szmery lub cisza z momentu na moment
, 
Na każdym drzewie ptasi domek i karmików kilka.

Poranki i wieczory wypełnione ptasim jazgotem,

Dużo chrabąszcy, świetlików, komarów i ślimaków...

Ofitość wrażeń o każdej porze dnia i roku,

Jesień w kolorach ze szronem, z szadzią, z mgiełką,

Dym z nielegalnych ognisk tu i ówdzie,

Zima ze smogiem, ze spalinami, ze śniegiem za płotem,

Ogrodowa ławka w cieniu lub wygrzany kamień,

Jakieś liche grzyby, garść szczawiu, rabarbar leciwy,

Chaszcze i zielska, kępy dorodnych paproci,

Dwie pergole z różnych bluszczy, wiciokrzew,

Ogrodowy domek dla gości przysiadły w kącie...

Świat magii w sado - ogrodzie jest dla tych,

którzy furtkę do ogrodu otworzywszy -

przystają z ulgą w oczach.  ..."


Przez długi czas Myszka walczyła z tym aby zlikwidować każdy cień tego co stworzyła jej córka

ponieważ wydawało jej się, że został zaprzepaszczony jej dorobek życia podczas gdy Cyntia

 poprzez złudę przyznanych praw i obowiązków pomyłkowo  wzięła to za bazę.

Po przejęciu ogrodu i satysfakcji jaką odczuła Myszka ze zwycięstwa nad pokonanym złem lub po

 prostu innym podejściem do życia niż jej własne wraz ze zniszczonym a może unicestwionym

 gustem córki, mama zapragnęła odebrania wszystkiego co w pierwszym odruchu ofiarowała

 ponieważ początkowo myślała, że ona tylko udostępnia na zasadach chwilowych lub daje na z

 wpisanym mottem zachowania całkowitej kontroli nad tym co nadal pozostaje jej własnością. Tak

 więc po tym jak się zoriętowała, że dać znaczy oddać komus władzę nad tym co do niej należało

 zapragnęła odzyskać to z czego utratę wykluczyła tak na prawdę. Zaczęło się od przekonania jej

 sióstr, że Cyntia zajęła jeden z pokoi i łazienkę na strychu bezprawnie to znaczy poza jej zgodą.

Właściwy przełom w zagalopowaniu i zacietrzewieniu się Myszki nastapił właśnie w związku z

 pralką a tak właściwie łazienką. 

Pralka Cyntii zepsuła się i zalała podłogę na strychu. W wyniku tego powstały ślady na suficie

 Myszki.

Cyntia chciała zrobić remont dla zlikwidowania swojej "winy". Gregor przysłał jej kasę na zakup

 nowej pralki i koszty wyrównania szkód. Myszka zabroniła używania łazienki nad swoją łazienką

 a także zamontowania pralki w piwnicy. Na propozycję zadośćuczynienia w postaci remontu

 wyrażała co najwyżej brak entuzjazmu.

Cyntia przyjęła warunki, a raczej nowe rozdanie ról i obowiązków.

Cóż było robić kupiła sobie Frankę - wirówkę, która uratowała później nogę jej siostrzeńca.

 Chodziło o najlepszą możliwą rehabilitację po ciężkiej kontuzji a był nią masaż wodny do czego jak się okazało Frania nadawała się znakomicie znacznie gorzej z praniem. 

Bezcenne doświadczenia odkryła na jednej z kartek swojego pamiętnika:

"...Żeby uszyć ręcznie jedną bluzeczkę z cieniutkiej, delikatnej tkaniny potrzeba trochę czasu i

 ciepliwości. Więc nic dziwnego, że się zdenerwowałam, kiedy przy wieszaniu okazało się, że

 rzeczy z delikatnych tkanin ulegają porwaniu i podziurawieniu podczas ewolucji w pralce. Wald

 powiesił mi linki między drzewami. Ponieważ pralka nawet na maksymalnie dokręconej

 wyżymaczce wciąż tylko i zaledwie odcedza czy odsącza wodę. Z większości ciuchów i tak

 cieknie i leci oraz kapie w pierwszym momencie. Doszłam więc do wniosku, że lepiej będzie jak 

będę wieszała wszystko na dworze a po przeschnięciu będę wnosiła całość prania do suszarni na

 strych.

 We Frani woda stygnie i brakuje możliwości podgrzania  czasie jej znęcania się nad moimi rzeczami.  
A już trudno. 
Czasami najlepszą metodą jest ustępowanie aż do momentu konieczności zmiany..." 

Ta zmiana nastąpiła po kilku chyba latach prania metodą z przed pół wieku.
Po prostu Cyntia powiesiła o jedną linkę za dużo i zaczęła się następna draka o panoszenie się po ogrodzie. 
Tak więc Cyntia oświadczyła, ze ma dosyć tej sytuacji i napisała oficjalny list do swojej najbliższej rodziny, że jeżeli pranie w łazience na strychu jest jej zabronione, a także wieszanie rzeczy w ogrodzie i brak jej samochodu aby mogła swoje pranie wozić do pralni publicznej wobec czego ona oczekuje umożliwienia jej prania w domu tej rodziny w innym wypadku zwróci się do dalszych krewnych o pomoc... 
Sytuacja pękła i zaczęła się odwracać. Rażka sobie przypomniała, że Myszka dała prowizoryczną pralnię i pokoik na strychu Cyntii na samym początku. W imię spokoju i wyniesionych nauk Cyntia zaniechała remontu łazienki na strychu pomimo zakupionych przed laty wszystkich koniecznych elementów wyposażenia i konkretnych planów. Po prostu Myszka jej powtórnie dała ale tym razem już wszyscy wiedzieli, że do użytku znaczy bez żadnych zmian. 
Pomieszczenia oddane do użytku zostało zagwarantowane bez koniecznej wymiany słów a Cyntia zrozumiała, co już zostało jej zademonstrowane, że jej zakres wolności odnosi się tylko do jej mieszkania co i tak jest łaską i za co powinna być dozgonnie wdzięczna. Przyznała rację i zajęła się pisaniem, bo to mogła i nadal może robić "w swoim" mieszkaniu bez wchodzenia na tereny wspólne, za które płaci podatek do połowy, ale mieszka za darmo i za to jest bezgranicznie wdzięczna pokrywa do połowy wszelkie wydatki związane z nagłymi sytuacjami a także wszystkie swoje rachunki na bierząco i ma dach nad głową i może prać ile jej dusza zapragnie. 
Do dzisiaj istnieje funkcjonujący rozejm, o który Cyntia dba z wielkim pietyzmem. 
Chociaż bywa, że targają nią wyrzuty sumienia, bo chciałaby być jak każdy lepszą wersja siebie w ramach bycia lepszą córką a musi się trzymać ustalonych zasad i czasami jest jej po prostu trudno. 
Musi utrzymywać dystans albo co do joty słuchać nakazów, zakazów i wytycznych oraz być przygotowana na wszelką odgórną kontrolę. 
Są tylko dwie postawy, które można w takiej sytuacji przyjąć. Jedna to całkowitego podporządkowania druga to stałego sprzeciwu czyli konieczności oddalenia się z zagrożonego rejonu i czekania na sprzyjające okoliczności a tymczasem "z więzienia" zrobić sobie wolność. 
Jeżeli uznać, że życie i istnienie jest holografią to w takim razie to co się przydarzyło w wymiarze "Solidarności" jako prekursora w Eu, to będzie się powtarzać w życiu każdego człowieka i w każdej rodzinie w każdej mniejszej lub większej  rzeczywistości. Każdy z nas dokłada cegiełkę w zaistnieniu i kontynuacji konfliktu lub w jego umacnianiu, narastaniu  poprzez uczestnictwo lub w procesie  przetwarzania w jego osłabianiu. 
Konflikt można tylko rozbić przy pomocy pracy na własnym terenie. Każdy gram praktyki jest lepszy od ton rozpracowań teoretycznych, bo wiadomo czeka nas zmiana o coraz szerszym zasięgu. Każdy może wybrać białego lub czarnego wilka, którego w sobie karmi. 
Myszka po prostu ma mniejszy dostęp do możliwości uczenia się i przez to zagubiła się pomiędzy 
tym kiedy
Trudno każdy ma prawo do rozwoju poprzez kontrast i Myszka także. 

Napisała o pralce do Micho i do Gregor'a, bo obaj byli jej dalekodystansowymi przyjaciółmi. 
Od Gregora przyszła spora pomoc finansowa, bez której byłoby na prawdę ciężko a Micho napisał list:

"... Coś Ci się chyba urwało z początku... albo tak wyszło. A tak to jest z tymi pralkami... tzn. teraz to ok tylko trochę gorzej w zimie będziesz mieć z suszeniem, bo za zewnątrz to trochę niedobrze zwałaszcza jak mróz będzie... 
Ale może zima ciepła jakaś będzie...:)..."

Odpowiedź Cyntii brzmiała: 

"... Jak mi się tak urywa to znaczy, że należy czytać z tytułem...."

Lajo zamyśliła się
- Czyżby to był przypadek, że jej przyjaciółka, która się pojawiła po wypadku z Trykiem - Łyla -  jako pielęgniarka została przez Cyntię ochrzczona Fran'ką?  A może rzeczywiście jej zadaniem jest pranie i rehabilitacje osób połamanych?
Pochyliła się nad tekstem, bo sama była ciekawa co napisała wówczas do Micho:

"... Jak mi się tak urywa to znaczy, że należy czytać z tytułem. Już raz mi o tym urywaniu pisałeś, więc w końcu jestem zmuszona wyjaśnić. Po prostu Franka to pralka co mi robi na złość i rwie moje bluzki i delikatne tkaniny..."

Lajo przeskoczła kawałek tekstu, bo czytanie oczywistości mogła sobie odpuścić i zatrzymała się na następnym segmencie listu:

"... Który to był mail? Coś w nim poruszyłeś, że Ty należysz do ludzi, którym zależy na tym, żeby
było logicznie, przystępnie i wygodnie czy coś w tym w każdym razie kierunku. 
Dla mnie najważniejsze jest, żeby mi oczy, uszy i podniebienie a także język służył temu aby moja dusza śpiewała. Z tym, że o zmysły chodzi tu w najmniejszym stopniu a raczej o nastawienie na rodzaj spostrzegania i wybranego kąta analizowania czy interpretowania rzeczywistości. W dużo miejszym stopniu teraz niż jeszcze do niedawna cenię możliwości wyciągania własnych, niezależnych wniosków w oparciu o argumenty racjonalne chociaż wciąż dostarczają mi radości. 
Pamiętam o tym, że to jest właśnie podstawowa różnica między nami. To znaczy tak bardzo jak Ty jesteś praktyczny i pragmatyczny tak bardzo ja jestem twórcza, artystyczna, awangardowa, buntownicza i trochę rogata. Tak bardzo jak ty stąpasz po ziemi tak bardo ja fruwam w obłokach, tak bardzo jak ja idę na "czuja" tak bardzo Ty zamykasz się w określonych ramach wyznaczonych przez wyważone i odmierzone argumenty logiczne, nawet wykalkulowane czasami...
Taka się urodziłam i taką siebie doceniam. Od zawsze, byłam dla mojego najbliższego otoczenia wyzwaniem, szczególnie dla Arl'i i moich rodziców. Byłam powodem do chęci sprowadzania mnie na ziemię dla mojego własnego dobra i żeby innych przestało to drażnić, że zawsze w każdej okoliczności potrafiłam się cieszyć dobrym samopoczuciem bez zależności od katastrof i okoliczności. Cieszyłam się z tego, że trawa jest zielona. 
Drażniło to siostrę Gregor'a i całą jego rodzinę. Chociaż on sam był tym urzeczony, pił i czerpał całymi garściami, chłonął i uczył się... Potem okazało się, że stanęłam na ścieżce do jego rozwoju, bo za bardzo indentyfikowałam się z własnym obrazem za bardzo wydawało mi się, że na prawdę tylko taka jestem. Dlatego zapewne poszukał oparcia w argumentach jakie była w stanie dostarczyć mu jego siostra. 
Ha, ha... ale paradoks... :)) Lubię paradoksy, bo one uczą... "

Słodycze



"... Jeśli myślisz, że jesteś zbyt mały by coś zmienić, 
spróbuj zasnąć z komarem latającym nad uchem..."

                                                                             - Dalajlama XIV 



Na Fa zaczęły dominować w przewadze kolory flagi Ukr. 
Lajo najbardziej podobały się dwie akcje. Jedna to "Hałas dla Ukr " druga to zapalanie świeczki w oknie w ramach solidaryzowania się i empatii dla ludzi walczących o swoje prawa. 

Rażka zadzwoniła, żeby zapytać czy dotarła do Lajo wiadomość o zaręczynach jej najstarszej córki Ronny z Raul'em. 
Lajo z dumą odpowiedziała, że była jedną z pierwszych osób, które pogratulowały świeżo upieczonym narzeczonym i przekazała gratulacje i życzenia dla rodziców i rodzeństwa Ronny, bo wiadomo jest co celebrować i jest z czego się cieszyć, bo kamień jeżeli chodzi o podjęcie decyzji został przewrócony. Wiadomo pomyślne wiatry napinają tylko odpowiednio ustawione żagle.
Rozmowa szybko skręciła na wspomienia związane z ich młodością. 
Obie pamiętały jak gęsią skórką pokrywała się ich skóra na minutę lub kilka w czasie trwania planowanego hałasu na rzecz "Solidarności". Wyły syreny miejskie, ruch został wsztrzymany bez odgórnych instrukcji i każdy kto miał klakson korzystał z jego decybeli, na okolicznych podwórkach, balkonach i dachach ludzie wynieśli czym kto dysponował dla odpowiednio zaplanowanego efektu. Ludzie uderzali w sagany i kotły chochlami i łyżkami wazowymi, tłukli pokrywkami i wszyscy w tym samym czasie myśleli o tym samym. 
Koncentracja czystej intencji była przeogromna, siła a nawet potęga militarna czy w ogóle mundurowa kilku musiała się złamać wobec woli mas. Tego samego teraz potrzebowała Ukr. 
Lajo wiedziała, że zasięg podobnej akcji  będzie znacznie szerszy, bo możliwość dotarcia wiadomości do nawet najodleglejszych zakątków ziemi jest bardziej prawdopodobna z pomocą środków elektroniki. 
Obie obiecały sobie, że każdego dnia po 20 - stej będą zapalały świeczki w intencji Ukr. 
Kilka razy w życiu Lajo miała okazje brać udział w podobnych akcjach. 
Zarówno w Pl'u jak i Aust jak w St. 
Najważniejsza jest bowiem zjednoczona intencja, która ma działanie podobne do zbiorowej modlitwy. Zjednoczenie siły jednolitego przekazu ustala wibracje energii na jednorodną koncetrację w wielu punktach świata w tym samym czasie co przynosi jednoznaczny efekt. 
Większość znaczy większość chociażby na razie wciąż przeważało przekonanie o katostrofalnym dramacie najważniejsza jest wiara i wiedza, że decydują czynniki poza fizyczne.i poza materialne oraz większość. 
Chińskie słowo "kryzys" składa się z dwóch znaczków; jeden to zagrożenie lub załamanie a drugi to szansa lub potencjał. 
W obliczu wydarzeń w Ukr wszysto nagle miało mniejszy gatunek gatunkowy. 
Lajo była przekonana, że jest naocznym świadkiem następny zakręt historii w reflektorach świata.
Co ważne ma okazję uczystniczenia w nim lub chociażby obserwowania. 
Czuła się zaszczycona możliwością rozsyłania wiadomości o obu akcjach na Fa. Wykonała więcej niż dwa tuziny telefonów osobiście przekazując informacje o wydarzeniach, w które każdy może się zaangażować w czynny sposób. 
Bierność powoduje wyrzuty sumienia o braku empatii i współczucia oraz przeoczenia możliwości wyrażenia swojego zdania na temat płomieni i pożogi, krawych walk oraz zabójstwach w Kijv. 
Wiedziała i była świadoma dokładania swojej cząstki.
Wypaliła już mnóstwo świec każdego wieczoru jedną. Wieczorem jej mieszkanie pachniało gorącym woskiem i dymem z knotów oraz było wypełnione nadzieją na zakończenie krwawych wzmagań. 
Wiedziała, że na prostej drodze trudno nauczyć się wychodzenia z zakrętów i że owe zakręty są konieczne dla tworzenia się historii na drodze ku podążaniu do lepszej wersji globalnej cywilizacji. 
Ostatnio pasjami oglądała na You Tube różne wersje coraz efektywniejszych metod produkcji żywności. Najbardziej podobały jej się modele produkcji żywności w oparciu o naturalne warunki jakie potrzebowały dane kultury rolnicze lub kultywowanie pozytywnej myśli agrokulturalnej. 
Dla przykładu gospodarstwa specjalizujące się w wielobranżowości przy zachowaniu naturalnych warunków oraz różnorodności gatunkowej. 
 Dla przykładu cieszyła się wolnością Indyków spędzających swoje krótkie półroczne życie w lesie, bo takie były naturalne warunki dla tego pięknego, ogromnego ptaka. Lubiła gdy kaczki i gęsi miały dostęp do stawów, gdzie woda były regulanie oczyszczana przez system aquatyczny w ramach hodowli warzyw czy chociażby w produkcji rzęsy wodnej stanowiącej pożywienie dla drobiu. Zachwycała się organizacją szybkiego, sprawnie zorganizowanego zbioru grochu czy innych warzyw i owoców. 
Czuła się zabezpieczona w świecie gdzie działo się tak wiele wspaniałych rzeczy i gdzie wciąż dopracowywano nowe metody, technologie i sposby dla przejęcia ciężkiej fizycznej pracy przez skomplikowane maszyny, kowbajny lub jeżdżące przedsiębiorstwa przetwarzania żywności w tempie natychmiastowym. Zachwycała się coraz większym zasięgiem wykorzystywania procesów wtórnych czy środków ubocznych  w produkcji jednych produktów dla innych. Urzekały ją zarówno małe przydomowe wersje gospodarstw jak i ogromne przedsiębiorstwa gdzie organizowano zarówno produkowanie jak i zbiórkę plonów we wszystkich możliwych branżach. 
Najważniejsze wydawało jej wykorzystywanie i utylizowanie odpadów bez szkód dla naturalnego  środowiska. Takie jak specjalne techniki wykorzystywania much dla produkcji larw mięsnych, które zjadały owe przysmaki to znaczy larwy. 
Zarówno muchy jak i larwy były zatrudnione w zjadaniu odpadów z masarni lub okolicznych rzeźni.
Popierała wszystkie kierunki pozytywnych rozwiązań, które powodowały naturalny przyrost i użyźnianie ziemi. 
W dodatku szykowała się jej wyprawa do Poz gdzie miała sobie przedłużyć paszport, odebrać zrobiony na zamówienie żółty, trzykołowy rower zakończona odwiedzenami  swojej przyjaciółki Beat, która mieszkała w swoim obrazie.
Zupełnie albo prawie zapomniała już o spalonych włosach i o tym, że kilka dni temu odwiedziła ją para jej bliskich znajomych. Łyla i Leo wpadli tym razem na moment dłużej. 
Opowiadali jej o życiu w Japn. 
Bardzo dziewne sprawy; o tym, że tam cywilizacja w obecnej formie osiągnęła swoje apogeum i kraj cierpi na brak narodzin dzieci natomiast kolosalnie zwiększyły się zapotrzebowania na zabezpieczenie warunków życia starzejącej się generacji. 
Zadziwiające były relacje o tym, że są specjalistyczne sklepy dla ludzi po siedemdziesiątce gdzie ilość rodzajów pieluch przewyższa różnorodność projektów w tej samej dziedzinie dla dzieci. 
Japn jest właściwie wolną krainą od przestępczości. W więzieniach najwięcej jest ludzi po sześćdziesiątce lub znacznie starszych, przeważnie mężczyzn za małe lub śmieszne naruszenia porządku publicznego.  
Mężczyźni i kobiety w ogóle żyjący osobnym nurtem. Dla mężczyn najważniejsze okazują się miłości elektroniczne z nastoletnimi pięknotkami o cybernetycznym rodowodzie, które można zabrać ze sobą wszędzie bez jakichkolwiek żądań z ich strony i zawsze tylko w celu uprzyjemniania sobie bierzącej chwili, bez dzieci, bez zobowiązań, bez seksu, dzień do dnia podobny i ze stałą, znajomą partnerką zawsze w jednym wieku bez względu na okoliczność biegnącego czasu i z jedną i tą samą codzienną rytyną. 
Kobiety znacznie bardziej zaangażowane w życie społeczeństwa, najczęściej samotne ze względu na odpływanie samców w wybory poza realne. 

-Już za tydzień słodki czwartek - cieszyła się Lajo, jakby w ogóle był ku temu jakiś powód.
Pewnie dla przyzwoitości zje jednego no góra dwa pączki i co? 
I po całej przygodzie, ale samo czekanie i świadomość, że robi to samo co większość była na prawdę przyjemną opcją. 
Pączek z adwokatem albo jeszcze lepiej z nadzieniem z kwiatów róży, która rośnie w południowo - wschodnim kącie w ogrodzie... miam, miam z gorącym kubkiem dobrej, czarnej, gorącej herbaty no i uczta na prawdę fantastyczna. 
 Lajo w każdej fazie swojej egzystencji  (jako Jolka, Jollucha, Cyntia czy Gwen) lubiła połączenie czekolady, słodkiego nadzienia i alkoholu. 
Do Amer, gdzie spędziła 22 lata swojej ezystencji a także urodziła dzieci od czasu do czasu przychodziły paczki od Myszki. Oprócz książek zawsze były czekoladowe cukierki z nadzieniem z alkoholem. Mama pamiętała co lubię. Te cukierki były przeznaczone dla niej, bo dzieci były za małe na spożywanie alkohololu w przekonaniu prawa i jej własnym. 
Zawsze dała jednak zarówno swoim dzieciom jak i towarzystwu, które licznie sprowadzały do domu posmakować swoich rarytasów. 
 Resztę chowała przed intruzami tak, żeby schować skutecznie. Kiedyś jak dziewczynki były już znacznie podrośnięte wyczaiły schowek. Zawsze w domu było dużo dzieci i  szkolnych i osiedlowych. Omawianego dnia była Angela i Olga. Sięgnęła po swoje skarby do obmyślonej skrytki a tu tylko papierki zostały. A całej czwórce oczy się zagadkowo świeciły i były ponad przeciętność rozbawione.  No cóź. Obeszła się smakiem a rozczarowanie pokryła humorem. 

W skrzynce znalazła artykół dotyczący słodkiego zęba:

"...Dzisiaj miałam dzień rozpusty :))
Zjadłam pół, no takie mniejsze pół pudełka czekoladek z alkoholem Alte Excellenz :) 
Wiesz ostatnio to lubię wszelkie drożdżowe wyroby, ale te hurtowe pączki są przeciętnej jakości. Rzadko kupuję wypieki, chyba, że ktoś przychodzi lub mam obiad i gości. Przede wszystkim przypominają domowe. Jeszcze babki też, ale już mniej, bo tam więcej jest konserwantów. Te wszystkie słodycze w Pl'u są wyrabiane z łtuszczy saturowanych - cokolwiek to znaczy ale zapewne jest to nazwa kryjąca małą przydatność dla zdrowia. Moimi ulubieńcami są mazurki, które piecze Ronna tradycyjnie już co Wielkanoc. A na Wigilię i święta to musi być obowiazkowo makowiec i piernik. Pozostaje sernik zawsze jest dobry i pożądany. Jabłeczniki też fajne są. Chrusty i inne też łatwe i szybkie na każdą okazję..."

Micho okazał pełne zrozumienie: 

"...To dobrze, trzeba sobie pozwolić jak okazja jest... Ja lubię czekoladki alkoholowe także i z masami kawowo - orzechowymi i czekolady mleczne, ciastka na kruchym cieście z powidłami i wszelkiego rodzaju torty i wszystko co z tym związane. 
Pączki oczywiście ale tylko te w wersji z Amer... kremówki też mogą być ale to taki mniej ulubiony faworyt. Co do drożdżowych to też  zjem ale jakoś mniej nawet trudno mi ustalić z czego to wynika..."