sobota, 8 marca 2014

Beczka cdn



"...Happiness is not something that you get in life
Happiness is something that you bring to life..."
                                                              - Dr. Wayne W. Dyer. 

Zadanie jakie sobie wyznaczyła było ambitnym wyzwaniem ale miała plan i wiedziała, że najważniejszym jest to aby sprawy dotyczące prywatnego życia innych obchodziły ją i dotykały w znikomym stopniu lub wcale. 
Wiedziała, że jeżeli uda jej się przenieść perspektywę na bardziej odległe horyzonty i 
ugruntować zdystansuwaną postawę do otaczającej  miernoty lub po prostu walki o przetrwanie na mało satysfakcjonującym poziomie, to w zamian drobiazgowej koncentarcji na detalach  konieczności doszlifowania perfekcyjności swojego wyobrażenia w oczach przeciętności wszyscy będą wdzięczni za doznanie ulgi. 
Podniesie globalnej kurtyny, dostęp do prawdy i informacji był gwarantem scalenia się ze swoją wartością a przez to zaprzestanie ucisku kontoli nad stałym zagrożeniem ze strony innych najczęściej najbliższych. 
"...Każdy orze jak może..." - mówił Kol'a i miał rację. Chodziło więc o podniesienie świadomości. 
A podniesienie świadomości może się odbywać powoli, skokami lub od razu. 
Najczęściej jednak jest to całożyciowa droga. Na drodze w podążaniu do doskonalenia siebie i kierunku obranych ideałów każdy dotyka ciemnej strony szczególnie gdy buduje swój perfekcyjny wizerunek w oparciu o perfekcyjne doszlifowane wyobrażenia o siebie w oczach jakiegoś mało znanego ogółu. 
Ciemności powodują doświadczanie kontrastu a popzez kontrast klaryfikuje się zrozumienie takiego prostego faktu, że zadaniem każdego podczas jego drogi jest raczej kształtowanie siebie niż kontrola innych. 
Wszystko odbyło się inaczej niż sobie to zaplanowała Lajo poprzedniego wieczoru i wczesnym rankiem. 
Głównym punktem miał stać się gwóźdź programu czyli fakt odkrycia dokonanego przez Michaela Tellingera, że powierzchnia ziemi to komputer, w którym leci zaistalowany program. Program ten ma wpisana amnezję i iluzję całej ludzkości i w ogóle życia na ziemi i w kosmosach z perspektywy człowieka.
Jednak od 2012 roku została zniesiona kwarantanna, której podlegała ziemia i jej mieszkańcy i teraz wszystko potoczy się lawiną.
Skoro z jakiegoś powodu do Gwen/Lajo docierały określone informacje nieco wcześniej niż do jej znajomych to jej zadaniem było podawanie ich dalej i obserwowanie tej samej fascynacji, którą sama miała okazję przeżyć. 
Stało się jednak tak, że chłopcy po drodze do niej zatopili się głęboko w dyskusji na tematy polityki i sytuacji, która wszystkich obchodziła w mniejszym lub większym stopniu. Wszyscy byli ciekawi co się stanie w Ukr i każdy życzył sobie wiadomego wyniku. 
Po przywitaniu się Lajo poprosiła;
- Zostańcie proszę w płaszczach, bo u mnie jest po stronie chłodu w salonie. Na fotelach i na kanapie są przygotowane pledy i koce to proszę nakryjcie się nimi. 
- A może najpierw przygotuję drinki to od razu zrobi się cieplej powiedział Zyg wyjmując jakąś flaszkę zza pazuchy - Masz sok ? wyrzucił z siebie jak automat. 
- A może ktoś reflektuje na kawę lub herbatę, bo sama sobie robię? - dopytywała ona.
- Ja poproszę kawę z jednej łyżeczki i jak zwykle czarną, a swoją drogą to ciekawe - mówił Kol - jakby zupełnie zapomniał, że wraz ze swoim przyjacielem przenieśli się do mieszkania znajomej. Był bardziej niż zdeterminowany co do kontynuacji rozpoczętego po drodze tematu rozmowy.
- A swoją drogą to ciekawe z tymi nazwiskami no zobacz zarówno Donald jak i Kaczyński mają wmontowaną kaczkę - śmiał się.
- Wiesz właśnie idąc do Ciebie - zwrócił się do niej Zyg'i mówiliśmy o tym, że w dobie kiedy głównym językiem globalnym staje się angielski nazwiska trzech tyranów rosyjskich mają w końcówce "in" czyli wewnątrz lub jako wprowadzenie wiesz o co chodzi? 
Gwen była wdzięczna za zawarcie jej w toczący się wątek ale miała małe pojęcie o czym rozmawiali jej znajomi. 
- No popatrz - włączył się Kol'a - Put - in, Stal - in, Len - in. 
- A o to chodzi...- włączyła się entuzjastycznie Gwen - to jest część oprogramowania wszystko jest w nazwiskach i w książkach w opowieściach i w filmach... cała prawda i realizowany akurat program. 
- Jak to? - podniósł na nią oczy Kol i aż zawisł w połowie ruchu szklanki do ust. 
Zyg był w tajemniczony już poprzednio więc usłużnie milczał dając Lajo możliwość przekazania konwersacyjnej kontrowersji i smacznego kąska w dialogu. 
- Ano tak to, że od zarania dziejów wszystko jest w nazwiskach najpierw na małą skalę a potem na coraz większych horyzontach; zastanów się; Shekspir - składa się z dwóch członów prawda? 
Gwen odczeka efektowny moment udostępniający Kol'i przełknięcie łyka i kontynuowała dalej 
- A chociażby Clinton lub Bush albo wasze własne nazwika. 
- A?? - powiedział powątpiewając Kol.
- Więcej przykładów? Proszę. Będziemy mówili o odkryciach Tellinger'a też ma dwa człony. A popatrz Eghart Tolle albo chociażby... - rozkręciła się
- To znaczy, że każdy ma z góry przypisaną rolę w dziejach świata i historii? - zapytał bez dowierzania swoim słowom Kol. 
- No nareszcie, trochę Tobie na to zeszło - podsumował Zyg.
- To dlaczego o tym dowiaduję się ostatni? - zaatakował Kol.
- Czy to ważne który w kolejce?, ważne, że docierają do ciebie informacje i prawda, która była dotychczas przed Tobą zasłonięta tak jak wszystkie cztery podstawowe i uniwersalne prawa, w/g których skonstruowane jest istnienie i trwanie - zagalopowała się trochę więc wyhamowała w oczekiwaniu.
- Ach coś mi Zyg'a już mącił o tym PPP - powiedział z widocznym łamaniem się na entuzjazm Kol.
- I co Ty na to? - chciała wiedzieć ona.
- A ja na to, że chyba to jest rzeczywiście tak jak on twierdzi... 
- O widzisz - wtrąciła Gwen -  bo wszystko podlega ramie programu, który działa w oparciu o kilka prostych niezmiennych zasad.
Obaj zamilkli i akurat znaleźli wspólny mianownik podniesienia szklanek wypełnionych na kolorowo do ust. Gwen także łyknęła gorącej herbaty. Odstawiła kubek na stolik przykryty szklanym blatem i kontynuowała. 
- Wszystko jest programem - mówiła - okręcając się kocem - Czy wzieliście swoje kompy? - rzuciła
w przestrzeń. 
- Ja podłączę skoczył na równe nogi Zyg'a zrzucając z siebie pledy, w które już zdołał się zakręcić i omotać dość skutecznie.
- Bo to jest tak, że każdy z nas jeżeli już istnieje to istnieć w takiej czy innej formie będzie zawsze. 
- Jak to? - zapytał Kol tak samo jak kilka minut temu. 
- No bo Gwen wierzy w reinkarnację - wyjaśnił Zyg.
- Jest takie prawo uniwersalne, które mówi, że jeżeli istniejesz to już jesteś i kropka - kontynuowała poprawiając swoje koce naokoło siebie i otwierając kompa. 
- Bo Ty masz dużo czasu to możesz sobie szperać w różnych informacjach - skwitował Kol i pochylił się nad swoim lapkiem. 
Trochę było zamieszania i trochę grzebali przy kablach a potem jeszcze chcieli hasła i innych detali ale w końcu wszyscy poczuli się zunifikowani. 
Gwen otworzyła notatnik i zaczęła sprawdzać co jest pierwszym punktem programu. 
Podniosła jednak głowę i spojrzała na obu swoich towarzyszy. 
- Ta sytuacja jaka się dzieje w tej chwili też jest zapisana w kronikach Akashi - powiedziała.
- A tak coś słyszałem - przytaknął Kol z tym samym marginesem pewności jaki manifestował od początku. 
Zyg pokiwał tylko w milczeniu głową.
- Podobno każdy z nas przed zrealizowaniem się w konkretnej postaci podpisał czy podjął się przyjęcia na siebie danego zakresu doświadczeń a potem zgodził się także na chwilową amnezję - powiedziała uśmiechając się i kokosząc wygodnie. Zastanawiała się jak to zrobić bo chciała mieć otwarty notatnik, który jej się uparcie zamykał, chciała mieć kubek z herbatą w zasięgu ręki i tak aby ochronić klawiaturę przed ewentualnym zalaniem herbatą i jeszcze tak aby komputer mieć na opatulonych kolanach. Różne koce i chomąta krępowały jej ruchy ale były konieczne.
- Chłopaki zawsze mają lepiej - pomyślała obserwując ich jak sobie radzą i fakt, że oboj postawi swoje szklanki na ławie. 
- Knowing your own darkness is the best method in dealing with the darkness of the other people. 
Carl Jung - przeczytał Zyg ze swojego fejsa zapewne. 
- To prawda ale jeszcze lepiej jest wiedzieć, że każdy z nas jest po prostu wymienną wersją każdej innej osoby, i że dla przykładu za chwilę Myszka może się stać mną a ja dla przykładu Kol'ą lub jego ojcem - powiedziała Gwen - śmiejąc się w duchu z obranego przykładu. 
- Ale chwilę, może najpierw wypadałoby przetłumaczyć wrzutkę Zyg'i  - powiedział Kol z lekką pretensją w głosie ale i lekko uniesionymi kącikami ust. 
- Wiedza o swoich czarnych stronach pozwala na lepsze radzenie sobie z czarnymi stronami charakterów innych osób - powiedziała Gwen tak trochę na marginesie i wróciła do zaczętej przed chwilą myśli. 
- Okazuje się, że wszyscy jesteśmy wszystkimi i wszystkim we wszystkim i że do tego brakuje czasu albo, że czas i przestrzeń to jedno... Tak na prawdę zamiast czasu jest punkt i stałość, w której się wszystko mieści. Czas jest iluzją na potrzeby akcji i doświadczania odcinków historii - kontynuowała.
- Ależ to jest poza możliwością ogarnięcia -  powiedział Kol w zamyśleniu.
- Dla nas też - orzekł Zyg'i w imieniu obojgu zarówno swoim jak i Lajo. 
- Tak ja też wiem o tym tylko teoretycznie ale miałam małe wycinki doświadczeń, które mi pozwalają na przypuszczenie, że takie raje są możliwe i trwają i są naszym udziałem w każdej chwili - dopowiedziała Lajo rozmażonym tonem. 
- Dla mnie to mało zachęcająca perspektywa - orzekł Kol zdecydowanym tonem i dostawił prawie już pustą szklankę z głośnym kliknięciem o szklaną powierzchnię ławy. 
- Change means movement, movement means friction, get use to it - Paulo Coelho - przeczytał Zyg i zwracając się w stronę Kol'a przetłumaczył: "... zmiana to ruch a ruch to tarcie i napięcie i do tego trzeba się przyzwyczaić..." i dlatego mówi się, kontynuował, że ludzie się docierają. 
- Zmiana to jest to czego człowiek boi się najbardziej, bo w zasadzie wolimy się męczyć w ramach znanej formy niż ją zmienić na inną - powiedziała Gwen.
- A co proponujesz? - zapytał Col.
- Informację i wiedzę, czyli podnoszenie świadomości - orzekła Gwen - możliwość świadkowania sobie i swojemu życiu, a w konsekwencji przeniesieniu odpowiedzialność za własne życie całkowicie na siebie samego.
- Kol się poruszył jakby szukał wygodniejszej pozycji a Zyg'i pokiwał głową, że niby należy do wtajemniczonych. 
- Zrobię sobie drinka podniósł się Kol i zaczął się odkręcać ze zawojów kocy i ciepłych pledów. 
- Przynieść śledzie i kanapki są przygotowane w lodówce - rzuciła Gwen za wychodzącym.
- Wczoraj przeleciałem wykłady Michael'a Tellinger'a - fantastyczne rzeczy - uśmiechnął się Zyg'i w jej stronę a ona pomyślała.
- Zyg zyskuje w obecności Kol'i a Kol w obecności Zyg'i, mogliby być ze sobą tak na zawsze - przeonalizowała na swój własny użytek a głośno dodała. 
- To przejdźmy do niego  - zaproponowała tak jakby nadażyła się jej okazja wygrania bonusa co najmniej.  
- Ciekawe czy są anioły złożone z tych samych płci? - wyrwało jej się.
- A dlaczego pytasz? - zdziwił się siedzący na przeciw i w tej chwili spoglądający na nią z ukrywaną podejrzliwością przyjaciel.
- Tak mi przyszło do głowy - zlekceważyła jego obawy i dodała prawie natychmiast; -  bo Wy we dwoje na prawdę moglibyście wtorzyć jednego anióła. 
- Jeśli o to chodzi to każdy z nas ma bardzo konkretne preferencje i nigdy ani mi ani KOl'i... - zaczął
- Ojej zostaw to, chodzi mi o to, że jesteście ze sobą zżyci i że się uzupełniacie i widać, że tworzycie fajny duet...
- Co Tobie chodzi po głowie? - dociekał Zyg wpatrując się w nią przenikliwie. 
- A było tak fajnie jak był tu Kol, gdzie on się podział? - zapytała czując, że nadejście Col'i może ją uratować przed wysypaniem się o innym duecie to znaczy o doświadczeniach z Leo i Łylą, bo była przekonana, że  Zyg i Kol potraktoktowali by ją z góry i skończyła by się sielanka spotkania trzech znajomych. 
Tak na prawdę to marzyła jej się gorąca kąpiel i odpoczynek w łóżku. 
- O czym rozmawiacie nadeszedł oczekiwany znajomy stawiając tacę z kanapkami i wszystko co przyniósł robiąc tym trochę rabanu.
- Podaj mi ze dwie - poprosiła Lajo - wyciągając rękę - bo szkoda mi się wygrzebywać z ciepłego kokonu. 
- O aniołach - powiedział Zyg.
- Wierzycie w anioły? - zdziwił się Col starając się uplasować wygodnie wśród stosu porzuconych przed chwilą okryć. 
- Wszystko jest możliwe nawet anioły - powiedziała Gwen/Lajo. 
- O tak? - dotarło do niej ironiczne pytanie.
- Przecież realizuje się Tobie ta rzeczywistość, w którą wierzysz - wtrącił Zyg.
- A to nawet ciekawe - zastanowił się Col.
- Ładnie się uśmiechasz - pochwalił Zyg'i patrząc na Gwen wyraźnie chciał jej udowodnić, że jego zainteresowania są skoncentrowane na odpowiednim aspekcie upodobań.
- Uśmiech jest uniwersalnym językiem prawda - skomentował Col. 
- Jesteśmy zespoleni najwyższą formą tworzenia kiedy naszym kredo jest życie w radości lub poprzez radość jak twierdzi Anita Moorjoni na moim fejsie - powiedziała Gwen analizując wpis na swoim fejsie. 
- Widzisz nawet ona wie, że się uśmiechnęłaś do nas - wiercił dalej Zyg. 
- Wiesz,  zawsze najważniejsze są intencje i nastawienie, bo ono zawsze uruchamia i steruje energią bez względu na stopień uświadomienia sobie tej prostej reguły - wyprostowała zagięcie Gwen. 
- To jest może i prawda, bo każde z nas przyszło tu z oczekiwaniami na interesującą rozmowę - dalej wygładził Col. 
- To co lecimy przez materiał, bo marzę o gorącej kąpieli - przyznała się Lajo.
Zyg spojrzał na Col a Col na Zyg'a.
- Czy to znaczy, że nas wypraszasz lub sugerujesz skurczenie zawartości na kilka godzin zamiast kilku dni? - zapytał Col? 
- Dla większości ludzi świadome uczestnictwo w bierzącym momencie jest bardzo problematycznym aspektem życia, ja też jestem podobna i wciąż muszę sobie przypominać, że chwila, w której jestem w tej chwili jest najważniejsza, bo ta chwila, która trwa jest życiem, którego doświadczam. Uczę się tego wciąż od początku, bo tak jak większość jestem przekonana, że to co nastąpi za moment po tym bierzącym momencie, czyli tym, w którym jesteśmy jest z jakiegoś powodu ważniejszy niż obecny.
- Żartujesz sobie w tak doborowym towarzystwie Ty marzysz o kąpieli... chociaż wiesz co z gorącej kąpieli możemy skorzystać razem - oznajmij Zyg, bo być może zaczął działać trunek i wyobraźnia. 
- Wiesz co może ja tę kąpiel wezmę w Czwartek, będzie bezpieczniej dla nas wszystkich, bo po pierwsze przeanalizujemy w końcu to co zakładaliśmy sobie, że omówimy a po drugie na prawdę koncentrowanie się na tym, co mogłoby być za chwilę, to unikanie przeżywania naszego życia w bierzącej  chwili, bo życie jest zawsze w bierzącym momencie i w bierzącym momencie jest na prawdę fajnie jak zauważyliście w super towarzystwie - dokończyła Lajo na prawdę rozpromieniona, bo uświadomiła sobie, że jej zadaniem jest widzenie najlepszej możliwej opcji każdej sytuacji.
- Już znalazłem ruiny w Afr, o których mówił Michael - pochwalił się Zyg. 
- To fantastycznie - to była tajemnica aż do czasu umożliwienia zdjęć z satelity. Na ziemi te zabytki z kamienia są tak zniszczone, że można przejść przez dany obiekt bez świadomości, że się przeszło przez jakąś budowlę, bo wymiary tych konstrukcji są ogromne - włączyła się Gwen jakby ją ktoś na konia wsadził. 
- Jak tam wszedłeś dopytywał się Kol i Zyg mu wszystko wyjaśnił...
Dalsza część nocy upłynęła z przerwami na wstawki na analizowaniu zdjęć, o których Gwen miała zawsze dużo do powiedzenia. 
A to, że kamien, z którego budowane są konstrukcje jest bardzo stary i na pewno sięga okresu przed potopem i że prawdopodobnie są to ślady jakiejś innej cywilizacji, a potem jeszcze, że kamień ma właściwości akustyczne i owe budowle odzwierciedlają wzory pola magnetycznego jakie tworzą się spontanicznie na powierzchni ziemi i że ich rysunek mógł być tylko zrobiony z dużej odległosci w kosmosie i że omawiane konstrukcje służyły do wytwarzania energii.
Potem oglądali dowody na to, że kiedyś kontynent Afr był bardzo gęsto zaludnionym miejscem na ziemi. Mówiła powtarzając to co słyszała na wykładach Michael'a, że źródła nauki konwencjonalnej podają, czego zresztą do dziesiaj uczy się dzieci w szkołach, więc źródła historii spisanej na użytek podpierania współcześnie funkcjonującego systemu podają, że owe budowle służyły do przechowywania bydła i że połączene korytarzami konstrukcje to drogi którymi chodziły stada bydła. 
Przeszli do Biblii i analizowali różne fragmenty w/g perspektywy z jakiej była rozszyfrowana pod względem przekazów o historii ziemi. 
Potem było o roli złota w historii ziemi i o niewolnikach "lulu", których wyprodukowała jakaś cywilizacja w przeszłości ziemi, których zadaniem było wydobywanie złota w kopalniach. Potomkami Lulu jest podobno współczesny człowiek, który jak każda forma życia podlega stałemu procesowi transformacji czyli ewolucji, bo taki jest los wszystkiego co isntnieje i trwa, bez rozwoju rozleciałby się układ zwany życiem czyli istnienie lub egzystencja. 
Analizowali kto był lub jest jakim Bogiem i co to znaczy głónwy stwórca, że wszystko co żyje go tworzy nawet Ci którzy korzystają z niewolników lub zabijają zwierzęta, żeby się najeść. 
Prawdziwy stwórca czy tworzący siebie twór nazywany Bogiem przez duże "B" obywa się bez pieniędzy, kart kredytowych, złota, banków i kreowania ubóstwa dla celów kontroli zachowania bogactwa poprzez to, że istnieje skarjne zapotrzebowanie na wszystko i dlatego, że ci, którzy mają więcej są niedoścignionym ideałem wielu czyli bez produkcji pożądania, żądzy i zachłanności. 
Analizowali też fakt, że każdy dokłada się w tej chwili do istnienia systemu, który prowadzi człowieka na krawędź tego czym jest człowieczeństwo.
A więc kto korzysta z kart kredytowych, banków i pieniędzy ten wspiera machinę toczącą się w imię rozpędu, do którego się wszyscy przyczyniamy. 
Kol z początku się trochę boczył ale w końcu i do niego dotarło, że w obecnej sytuacji paradoks polega na tym, że wciąż musimy korzystać z pieniądza. Powinniśmy jednak korzystając z niego tak ustawiać nasze, życie aby właśnie wymiany monetarnej było jak najmniej w naszym otoczeniu. Czyli koncentrować się na uniezależnianiu się od systemu. Oczywiście system będzie walczył ale jego dni czy tysiąclecia są już policzone. 
Najważniejsze jest szerzenie świadomości o nowych ideach być może w tej chwili utopijnych i z motyką na słońce ale koniecznych, bo jest to jedyne lekarstwo na to na co tak trudno jest w tej chwili patrzeć. Dla przykładu na wojny organizowane po to aby tworzyć sztuczne formy trwania niedostatku i braku dostępu do tego co jest przeciętną bazą życia czyli wolności. 
Wzajemne gnębienie się o kilka złotych w imię sztucznie podtrzymywanego braku czegokolwiek w przyszłości. Siedzenie na gotówce w banku podczas gdy są potrzeby, które można by zaspokoić i dać szanse na możliwość przyspieszonego procesu kształtowania się kultury dobrobytu. 
To bóg przez małe "b" ustanowił kontrolę człowieka nad człowiekiem i my stosujemy ją jako narzędzie przetrwania i wzajemną mordęgę. 
Zaczęło się rozwidniać i tak zmarzli, że wszyscy doszli do wniosku, że na prawdę przydałaby się wszystkim gorąca kąpiel. 
 Wychodząc Zygi powiedział: 
- Don't make me walk when I want to fly.

piątek, 7 marca 2014

Serce w Arf w beczce







"... Be happy for no reason like a child. 
If you are happy for a reason you're in trouble, 
because that reason can be taken from you..." 
                                                                   
                         -  Deepak Chopra

"... A man once told The Budda; < I want tu be happy>, 
The Budda replied: 
< Thirst remove <I>, that's Ego. 
Then remove < want > that's desire.
And now all you are left with is <happy>..."

                             stickyquotes.com 



Czuła się jak nadmuchany balon. 
Szła bez roztkliwiania się nad każdą gałązką i źdźbłem trawy jak to miała w zwyczaju, bez ochów i achów nad kolorem mgiełki zawieszonej w powietrzu. Po prostu jak najprędzej chciała się wbić w jakiś kąt czy po prostu usiąść byle tylko przeszło jej to uczucie rozdentej piłki od środka. 

- Część Lajo, gdzie tak pędzisz jak zwykle w chmurkach lub w obłoczku?

Odwróciła się na pięcie bez specjalnego entuzjazmu. Akurat teraz chciała znaleźć się w domu i usiąść w fotelu lub nawet od razu wejść do łóżka.

- No co mam się Tobie przedstawić? - doszło do niej.

Spojrzała w bok półprzytomnie na uśmiechnięta fizjonomię. Miała mniej niż zero chęci na przyjacielskie pogaduszki.

- Odezwiesz się? A może raczysz obdarzyć mnie uśmiechem? - dopominał się swego.

- Skąd? Dokąd? Gdzie? Po co? - dopytywał śmiejąc się zachęcająco.

Najpierw miała wrażenie, że podrywa ją jakiś obcy zgrywus lub natręt. Dopiero z momentu na moment rozpoznała w facecie pod piędziesiątkę swojego niedawno poznanego znajomego przez Zyg'ę. 
Ach~! - wyrwało jej się.
- Zapomiałaś imienia pewnie i głupio Tobie trochę - nacierał tamtem ale już z miejszym rozmachem i z mniejszym zapasem animuszu.
Chciała powiedzieć: 
- Dobrze wyglądasz -  i ugryzła się w język.
Widziała go kilka miesięcy temu i to był zupełnie inny facet, jakieś jego równoległe wcielenie zapewne.  Z niskiego umięśnionego i napakowanego kulturysty pewnego siebie zrobił się lekko sflaczały pączek nieco jakby zgęźlały w dodatku tak jakoś od środka czy jakoś.
Przyszło jej do głowy, że zeszło z niego to powietrze, które teraz rozdęło ją właśnie gdzieś wewnątrz.
 - Oj no dobra, każdy się dziwi po prostu zaprzestałem nadużywania sterydów, bo podobno jestem w strefie zagrożonej... za dużo - bez sensu  - tłumaczył. 
- Powiem tak; długo dałeś radę - pocieszyła go, bo tak jakoś zrobiło jej się żal faceta.
- Zyg'a mówił, że się wybiera do Ciebie umówcie się to ja też zajrzę a może masz koleżankę, która chciałaby mnie poznać? 
Gwen poczuła wyraźniej, że jest przeładowana w całym odwłoku i jeszcze na wszystkich złączach do bigosu.
Chciała jak najszybciej uciec.
- Dobrze Zyg'a Ciebie zawiadomi - powiedziała skręcając powoli dając do zrozumienia, że być może się spieszy a być może szuka wygodniejszej pozycji. 
- Powiesz co u Ciebie? - próbował zatrzymać ją Kol'a.
- Później brachu - spróbowała się uwolnić,- Mogę tylko powiedzieć, że wracam od Oli i u niej załtwiłam wszystko na medal i cacy, cacy. Wydziergam jej pelerynkę a ona mi przygotuję książkę do druku w formie wstępnej. 
- To super, to się cieszę - chwalił Kal'a.
Było widać, że jest pożądnym i fajnym, serdecznym człowiekiem. Aż było jej żal, że musi się znaleźć w domu w tępie przyspieszonym, bo na prawdę było jej średnio z balonem. 
- Jak ja w ogóle chodziłam w obu ciążach?- pomyślała. 
- Ale to było w imię wyższych celów i dlatego było lżej bo było stanem usprawiedliwionym a nawet błogosławionym - odpowiedziała sobie.

Ledwo weszła do domu a zadzwonił telefon; 
- Hej Kol mnie powiadomił, że możemy wpaść dziesiaj - usłyszała. 
Miała tak małą ochotę na prostowanie faktów, że powiedziała krótko. 
- Jutro.
- Jutro, to jest kawał czasu.
- Zyg, daj spokój, bo się zaraz rozryczę lub zacznę wrzeszczeć, wyć i drzeć się! Muszę odpocząć a najlepiej przespać się i to zaraz.
Gwen bez ostrzeżenia odłożyła telefon po czym go wyłączyła. Poszła do salonu wyjęła kabel z wtyczki telefonicznej. 
- Spokój! - powiedziała z głębokim westchnieniem i doznaniem ulgi. 
Kol jej jakiś miesiąc temu opowiadał o swoim klimacie i swoich rejonach życiowych zakrętasów, ba był na serio dumny z przekrętów wobec swojej siostry, do których wstydziłoby się przyznać wielu. Opowiadał jej o siostrze mieszkającej z ojcem w domu rodzinnym na przedmiściach Kron. 
Dzisiaj Gwen była cała nadmuchana a może nieco za bardzo nadęta, żeby czegokolwiek wysłuchiwać a tym bardziej radzić komuś jak się lepiej poczuć z widocznie doskwierającą niecnością własnych czynów...Obawiała się, że Kol zaraz ją wkręci w swoje uwikłania i świadomie zastawiane pajęczyny na różne ofiary z czym najcięższego kalibru była ta dotycząca jego siostry w imię miłości rodzinnej.  Chciała tylko ciszy i ewentualnie zniknięcia na chwilę. Czasami poradzić sobie ze sobą jest najtrudniej. Zawodziły ją diety a w dodatku znów się coś wykręciło i musi powalczyć na poziomie wyjścia z dolegliwości a to są sprawy bardziej skomplikowane niż nastawienie ducha. Zdawała sobie jednak sprawę, że cokolwiek się dzieje jedyną drogą do sukcesu jest bierzący moment i zrobienie uczty z chwili. 
Ale w takie dni jak dzisiejszy było to szczególnie trudne, więc dała sobie dyspensę ze świadomego podwyższania samopoczucia i odpowiedzialności względem świata za to co myśli i czuje. 

Rankiem jak tyko włączyła telefon a już miała zajawkę z tego co przeżyła wczoraj. 
Zyg jak zwykle zaczynał od wykrzykników.
Oduczyła go jeszcze w St. używania siarczystych i ostrych przecinków uzupełniających stany emocjonalne.
Zyg zdał sobie nagle sprawę, że spod skrzydeł jednego wielkiego brata Pl wpadła w inne gotowe ramiona brata tylko mówiącego w innym narzeczu. 
Tak czy inaczej pożałowała, że wybrała Zyg'ę jako ewentualną opcję na podróż w rejony, które można określić sercem ziemi.
Przypomniało jej się, że z Zygą co jakiś czas jest podobnie. Najpierw trzeba go uspokoić i ululać z gniewu o kolejną zadrę, bo zawsze sobie znajdzie jakąś. 
Potem on przechodzi ze złości o jakiś detal społeczno - ekonomiczny do wyhamowania. Następnie zdoła się wyluzować aż wreszcie dochodzi do wyznawania miłości i chęci flirtu a potem ona ma go dosyć na jakiś czas aż trochę zapomni. 
Tym razem się zaczepił o bardzo powszechną gałąź, że niby wciąż jesteśmy pod pachą, któregoś z wielkich braci. 
Gwen/Lajo musiała mu przypomieć, że przecież Pl jest za małym krajem by szukać oparcia w suwerenności własnej a poza tym teren, na którym mieszkają oboje jest od zawsze smacznym kąskiem wielu nacji i że z dwojga czy z trojga złego i tak mamy w tej chwili najkorzysteniejszą z możliwych sytuację. Poza tym jest także i to, że sami wybraliśmy to co lepsze. Potem powoli go przeniosła w rejony swoich utopijnych marzeń o tym, że ludzie, zwierzęta, kamienienie i gwiazdt i kosmosy przechodzą transformację, tak samo jak wszelkie galaktyki, bo jest taki moment i doniosły bieg historii przechodzenia na wyższe pułapy. 
Zyg wyegzekwował spotkanie w towarzystwie Koli. 
Gwen szukała kogokolwiek ze swojego żeńskiego fyrtla psiapsiółek z zerowymy rezultatem na natychmiast.
Kola był średnim magnesem co wynikało z wielu przesłanek a najbardziej z takiej, że wymagał za wiele od przyszłej kombinacji. Z perspektywy Lajo za bardzo trzymał palec na pulsie życia pierwotnej struktury rodzinnej aby mógł zacząć własną. 
Wyjeżdżał na każdy wolny kawałek do domu swojego ojca. 
Był bardzo zajęty z ramienia sukcesów w pracy w dużej kompanii i miał mało czasu na życie prywatne poza ciągłą onucą kontroli jaką wciąż egzekwował z ramienia prestiżu i pozycji względem bliskich.
Najbardziej zależało mu na perfekcyjnie dopracowanym idealnym wizerunku własnym wobec obcych, to co dla przykładu myślała o nim jego siostra było mu obojętne. Od siostry wymagał tolerancji własnych zachowań i służenia określoną pomocą gdy tego potrzebował lub taki grymas. 
Miotał się pomiędzy przerostem wyobrażenia o sobie w oczach innych i własną recenzją o sobie jako o człowieku  we własnym odczuciu w momentach gdy pozwolił sobie na osąd swojego postępowania przez cudze spojrzenie. Wobec tego rządał stałego podporządkowania tego co kto mówił do innych. Podjął się roli wielkiego brata i dlatego nałożył cenzurę i konieczność wglądu w szczegóły ponieważ chciał objąć kontolą wszelkie przejawy życia w domu swojego ojca.  Opierał się o ojca, bo ten wciąż go w większości budował i podnosił kosztem pozostałych dzieci nawet teraz gdy wszyscy już byli dorośli.
Kol'a bowiem zatrzymał się w rozwoju na etapie podlotka. Po prostu musiał być "naj" zaróno w pracy jak i w swoim przekonaniu w zasięgu wszystkich, którzy mogli mieć blade pojęcie o jego istnieniu. 
Lajo była przekonana, że najbardziej dostaje wypić jego siostra mieszkająca po śmierci matki obojga z ojcem. 
Kol'a czuł się odpowiedzialny za każdą możliwą plamkę jaka może przeważyć szalę na korzyść lub odwrotnie i manipulował sytuacją tak aby było wg jego wytycznych. 
Potrafił ingerować w prywatę personalnych informacji na mailu, czy wobec tego, co akurat chciała sprzedać jego siostra na w ogłoszeniach na internecie.
Po prostu dowiadywał się jakie jego siostra ma hasło pod pozorem własnych potrzeb korzystania z internetu na wypady w rodzinne strony a potem korzystał z kontroli jaką w ten sposób sobie uzurpował... 
Mało tego; z ojcem w zmowie założył podsłuch w telefonie, z którego korzystał ojciec. Wg Gwen to wraz z ojcem zmontowali coś na zasadzie najciężej strzeżonego więzienia lub obozu koncentracyjnego dla dobra siostry oczywiście. Tak w ogóle to w imię interesów obu. Starszy się trząsł, że Luc'a zwiąże się z jakąś paczką lub sekcją religijną i wszystko cały dorobek rodzinny rozda lub wyniesie. Bał się że spiknie się z ludźmi co wywożą kobiety za granicę, by tam je gwałcić a potem żądać okupu od bliskich ofiary jak się nią już nasycą. Oglądał telewizor i wybierał co pikantniejsze kawałki, które mógł zainstalować w swojej wyobraźni w pieleszach własnych. Kol z kolei się trząsł o każdy ruch Luc, bo przecież może poderwać mu nienaganną i na piedestale opinię w oczach świata. Tak, że oboj chcieli wiedzieć z kim rozmawia i o czym, z kim się zna na ile i  skąd i dlaczego i w ogóle o jakim statusie są to ludzie? Co posiadają? Jaki reprezentują poziom wykształcenia? Czy mają dzieci? I tym podobne powiązania ale najbardziej co komu Luc mówi lub pisze o sobie lub o nich. 
W każde potencjalne zarzewie zagrożenia ich sprawie ingerowali otwarcie lub ukrycie. 
Zadręczali swoją siostrę i córkę tym, że oni wiedzą o niej każdy szczegół co podawali jej do wiadomości tu i tam i mimo chodem  a ona jest w zupełnej studni jeżeli chodzi o szczegóły z ich życia i tak miało być. 
Lajo unikała obu na tyle na ile mogła sobie na to pozwolić tak, by zachować siebie i ocalić powiązania dotykacjące jej a zaczepione w jakiś sposób o parę ojca i syna działającego w komitywie. 
Aż trudno było uwierzyć, że takie rzeczy dzieją się w "normalnej" rodzinie we współczesnych czasach. 
A wszystko dlatego, że jak sam Kol to mówił "każdy orze jak może". 
Lajo już dawno wykreśliłaby go z poczetu znajomych ale był przyklejony do Zyg'i a ten z racji braku rodziny zrósł się jeszcze w czasie studiów z zastępczą rodziną swojego ówczesnego przyjaciela. Kol był bardzo władczy i dominujący a Zyg tylko od czasu do czasu chciał się poczuć kowbojem i to zazwyczaj w bezpiecznych nawiasach towarzyskich. 
Lajo była wpisana w jeden ze zbiorów osobowości, na które mógł każdy liczyć czyli on także a jakże. 
Po przerwie  na dekadę za wielką wodą wrócił w warunki dawnych układów. Zresztą w St. Zyg utrzymywał dobre i przykładne a od czasu do czasu przynajmniej przyzwoite stosunki z "rodziną". Teraźniejsze odwinięcia sytuacji wyraźnie go przeraziły i przerosły więc uplasował się na dystans i stał z boku, ale... wciąż się trzymał nitki rodziny jedynej jaką znał. 
Już dawno ojca Kol'i nazywał dziadkiem, bo tak najczęściej zwracały się do niego wnuki czyli dzieci starszego brata Kol'i - Mak'a. Do matki Kol  zanim się przeniosła w bardziej odpowiadające jej wibracje Zyg'i zwracał się per babciu z tych samych za pewne względów co na dziadka mówił dziadku. 
Od kiedy umarła "babcia" dziadek w ogóle zwariował nad zaciśnieniem kontroli na terenie swoich nieruchomości i posiadłości a Kol'a dał się ponieść lub wkręcić z racji braku własnej agendy, bo na to potrzeba ciszy i czasu. Kol'a był po prostu, jeśli chodzi o poglądy idealną kopią własnego ojca i się poprzez udzielane sobie wsparcie wzajemnie nakręcali. Żyli sensacją iluzji własnej siły poprzez władzę nad wszystkimi przejawami życia w domu rodzinnym. 
Można powiedzieć, że Zyg'i spędzał tam wszystkie najpierw wakacje i wówczas było wszystko jeszcze super i bez większych dołków, a potem urlopy. 
Zyg'a i Kol'ą razem się uczyli a wakacje były w pakiecie zajęć jako premia lub kolejny etap umacniania więzi. Z czasem zaczęło być tak samo z urlopami i tak się jakoś wszystko potoczyło wartko. 
Lajo wiedziała, że podoba mu się Luc'a - siostra Kol'i. Ale ze względu na lojalność względem rodziny, w którą wszedł tylnimi drzwiami wzbraniał się od głębszych ingerencji w sprawy zagmatwanej struktury. Zresztą Zyg traktował Luc po trosze jak siostrę. 
Lajo się zastanawiała czy sympatia w jej stronę jest wynikiem podobnych konstrukcji rodzinnych i tego, że ona sama w jakiś sposób była reminiscencją Luc. Wiadomo, że mężczyzna szuka sobie partnerki na zasadzie podobieństw do matki lub siostry jednej albo kilku. 
Zyg był oczarowany Luc, bo była na prawdę piękną kobietą i osobą i w sytuacji w jakiej ustawiło ją życie radziła sobie raczej bohatersko. 
Fakt, że Luc była siostrą Kol'a był małym gwoździem w wieku trumny możliwej realcji lub szansy na związek partnerski. Ten gwożdź, że Luc traktował dotąd jak siostrę zawsze można  było łatwo podważyć, ale całą sytyację czyli trumnę odwrócić i wyrzucić z niej skazaną na bieg wydarzeń - znacznie trudniej. 
Kol'i wydawało się, że on może wtłoczyć w głowy wszystkich to co on chce aby myślano o nim i całe życie skoncentrował na budowaniu własnego wizerunku w oczach otoczenia o to się opierał i  tym żył. 
Z tego czerpał energię i wiarę we własne siły i zgodę na to kim był. Dla Kola ważniejsza była opinia i osąd otoczenia niż to kim dla siebie jawił się w chwilach gdy dopadła go szczerość wobec siebie samego. 
Był filarem systemu, który już od dawna od spodu gnił jako przeżytek w dziejach historii. Za pomocą ciężko zipiącej machiny systemu trzeba przyznać wciąż w pełnym rozpędzie pomimo różnych słabości się wybił i był tym dla siebie w oczach innych kim był. Przez swoją pozycję i pełnioną funkcję pięlęgnował i  kultywował stare podwaliny świadomości. Przez co opóźniał proces przemian za co można było być tylko jemu i kolejom życia wdzięcznym. Przeistoczenie musiało nastąpić w tempie koniecznym na konstrukcję nowego systemu wartości i wcielenia ich w życie od podstaw. 
Gdyby wszystko zarwało się zbyt gwałtownie to można było być pewnym, że załamie się świat i być może doprowadzi do apokaliptycznych następstw i skutków. Tylko zrozumienie oprawców i ich obmycie z win jako trybów lub pionków ustalonego porządku można było oczekiwać uwolnienia ofiar. System funkcjonujący obecnie był po prostu zaledwie początkiem ewolucji i dlatego bazował na ofriarach ofiar. Każdy kto trwał, żył lub egzystował dokładał do istnienia faktów swoją cegiełkę i powodował, że cała machina toczyła się do przodu. JPII nazwał obecną cywilizację cywilizacją śmierci i miał rację. 
Co dziwne Kol zawsze wszystko rozumiał, wszystkiego wysłuchał i nawet wczuł się a potem zaczynał kontynuację swojej realności ze szczebla, z którego zszedł tylko na chwilę i jak gdyby dla pozoru, rozrywki lub chwilowego wytchnienia, bo był zmuszony ciągnąć to w czym tkwił. 
Wiedziała, że wieczorem wszystko zacznie się od beczki. 
Beczka to przysłowiowy kawałek z życia Koli w wykresie kartograficznym z dziejów rodziny. Po prostu jeszcze jeden dowód na zbyt dosłownie egzekwowane prawa kontroli wobec swojej siostry.  
To był kocioł, który sobie trudno wyobrazić a taki lub podobny rozgrywa się w większości rodzin dlatego, że wyzwala energię, którą karmią się - nazwijmy to - myślokształty, które jak wszystko co żyje chcą żyć i walczą o swoje przetrwanie. 
Kol'a przed kilkoma miesiącami zlikwidował ogłoszenie siostry o sprzedaży beczek na jej osobistym kącie a mógł tak perfidnie ją oszukać i naużyć jej zaufania ponieważ ona obdarzała kredytem każdego w równej mierze i słuszne w/g Lajo wierzyła, że rachunki życie wyrówna a ona przetrwa każdą zamieć, bo zależało jej na jakości tego co dzieje się teraz bez względu na to jakich machlojek dopuszcza się najbliższa rodzina. Wybaczała im wszystko z góry w zamian za możliwość zdystansowania się od tego co ją mogło z ich strony skaleczyć. 
Bywały chwilę, które Kol'a z ojcem bardziej świadomie aranżowali wypadki w celu podtrzymania kontroli i pokazania własnej pozycji przewagi i zakresu ich nadzoru nad jej życiem. 
Tak więc w sprawie beczki ojciec się wysypał kilka razy tu i tam, które Luc'a starała się puścić mimo uszu. Zapewniając sobie takim postępowaniem wolność na terenie własnym tak aby nadal się angażować w to co ją kręci i co jest stylem jej życia i odpowiedzią na to w jakich warunkach była zmuszona prosperować. 
Miała jakąś tam kasę, ale po prostu wciaż myślała, że da radę dźwignąć sytuację i że jakoś kiedyś się wszystko wyprostuje w miarę bezboleśnie dla wszystkich. 
Tym co robiła i jak pomagała zarówno sobie samej jak i Gwen (ponieważ w jakimś stopniu rodzinne warunki i  sytuacje były podobne)...
W obecnej chwili Luc pomagała  świadomość, że w przekonaniu członków jej rodziny oni uskuteczniają działania, które w ich miemaniu mają początek w miłości. A działo się tak dlatego, że zupełnie zablokowali możliwość rozróżnienia lęku od miłości. 
Myliło im się co jest co i jakich korzeni czerpią motywację do swoich czynów i emocji. 
A Col robił to co robi z dużym tupetem i bezczelnością, bezwzględnie i wyzywająco, bo wiedział, że życie ustawiło go na uprzywilejowanym poziomie i tylko na tyle było go stać co swoim postępowaniem manifestował  i nawet w małym stopniu starał się o zatarcie śladów. Wiedział jedno, że ten który siedzi na tronie ma kredyt zaufania większości. W zapędzonym świecie wierzy się tym, którzy mają siłę lub dostęp do tego by walić w dzwony. I dlatego obecny system jest chory. 
Przykład z życia wzięty z przekroju przeciętnej rodziny w Pl'u a może trochę wyżej niż przeciętnej. 
Luc zdawała sobie sprawę, że omija ją wiele zła i cierpień jakie są udziałem większości i że nawet obecny poziom się zmieni o ile ona zdoła znaleźć najlepsze możliwe strony w sytuacji i się do nich przykleić.  Bo Luc z jakiegoś powodu była bardzo podobna do Lajo chociaż bardzo różna. Luc wszystko prasowała i dokładała starań aby mimo wszstko chronić interesy swoich bliskich Lajo liczyła bardziej na tworzony dystans, w którym mogła szukać spokoju. 
Kol'i w tej chwili chodziło tylko o taki detal, żeby znaleźć dla swoich czynów poparcie u innych. 
Bo działał z pozycji siły i się stawiał a potem czuł jak schodzi z niego powietrze i się bał tego co sam zrobił i do czego był zdolny jako człowiek i brat.  Ubezwłasnowolnienie siostry było tylko miarą konsekwencji jego korytarzy zagrożenia popartych przez spodnie w rodzinie, które nosiła żona brata Koli. Zona Mac'a miała na imię Gloria i była ze wszech miar charakterystyki siekierą jeżeli chodzi o podejmowanie decyzji. Zawsze wspierała silniejszych lub tych którzy silniejszymi mieli szansę się stać i na tym zbudowała swoją pozycję i warunki rozwoju dla swoich najbliższych. Chociaż w miarę przesuwania się w górę w swojej krarierze zawodowej coraz bardziej czuła brzemię i wagę niewoli jaką obarczała swoje sumienie. Była kwintesencją i produktem systemu i jemu wiernie służyła aż do wyniszczenia zasobów własnych. 
Miazga i ciężki kaliber. 
Za każdym razem jak Kol'a szukał wsparcia swoich karkołomnych czynów najpierw szukał ojca a poźniej Zyg'i a także próbował wkręcać często z pozytywnym skutkiem Glorię. 
 Zyg'a go podnosił  o tyle, że wysłuchał argumentów i pokiwał głową, bo niby skoro na nim spoczywała odpowiedzialność materialna...Co prawda w tej chwili Siostra Kol'i Luc'a korzystała z innych źródeł wsparcia, ale dla Kol'i wystarczyła rola jaką w razie czego będzie musiał egzekwować względem siostry i po prostu z ramienia przyszłości już w tej chwili ustalał pozycję nadzoru nad całością na w razie konieczności. W tej chwili na tego rodzaju cele jak poprawa warunków egzystencji siostry chciał wydać zero kasy i w dodatku jeszcze kwitnąć w chwale dla pozoru. A tak na prawdę z ojcem w zmowie korzystając z enegii siostry i córki. 
Bo Luc' a należała do uległych i mało zaradnych ale za to twórczych podobnie jak Lajo tylko inaczej. 
Gdyby Lajo mogła wybrać to wolałaby się zaprzyjaźnić z Luc'ą raczej niż z Kol'em. Ale ze wzdlędu na przeszłość Zyg i ich ciągnące się od lat relacje... no cóż była trochę jakby w pułapce. 
Poza tym wiedziała, że ludzie, którzy gnębią swoich bliskich też zaprzestają pręgieża gdy zaznają światła lub odłgłosów zrozumienia pochodzących z empatii i ze współczucia. 
Po prostu przebywają w piekle na codzień i dlatego na bazie poddania im argumentów, w których poczują się lepiej, mogą  przenieść ciężar kontroli z otoczenia na własną osobę. 
Kol chciał usprawiedliwienia dla poddania się lękom w imię miłości zarówno do ojca jak i do siostry a tak na prawdę stania na straży własnych interesów. 
To była pokraczna forma miłości i ciążko chora, głęboko krzywdząca wszystkich, bo u steru był ktoś kto widział tylko własne indywidualne horyzonty a zasłaniał się szlachetnością i pozorami roli której się podjął za bardzo na wyrost. Miłość Col'a popatra z ramienia innych gwiazd w rodzinie zabierała oddech osobie, którą chciał z pozoru chronić co docierało do niego powoli. 
Oczywiście jego sytuacja była na tapecie zawsze a tego Lajo chciała jakoś uniknąć. 
Lajo zastanawiała się jak uniknąć wylewania się prywatnych spraw Kol'i w trakcie ich spotkania na temat Afr.
Po prostu musi bardzo uważać przyrzekła sobie i czujnie pilnować dystansu. 
Po co miałaby się brudzić? 
Co prawda wiedziała, że Kol potrzebuje bardziej i więcej pomocy niż Luc, ale współczucie jej kierowało się w stronę siostry znajomego.
Wiedziała, że tylko pomagając Kol pomoże także Luc, więc zgodziła się i tym razem na spotkanie z Zyg'iem i z jego "mlecznym" bratem.
Chciała spędzać i się otaczać ludźmi, którzy mieli o niej jak najlepszą opinię ale i ona chciała mieć najlepsze możliwe zdanie o tych, z którym dzieliła dary losu.
Dlatego chciała się wywiązać z wyzwania wobec siebie w obecnej sytuacji w ten sposób, że dopuści do siebie tylko najlepsze możliwe strony mającej się rozegrać scenerii pod każdym względem.
Nakazała sobie dyscyplinę koncentrowania się na wszystkim co najlepsze w sobie i w innych oraz w rolach jakie każde z nich na siebie przyjmie. 
Zaplanowała, ze zacznie od sensacji od tego od czego zacząła rozmowę z Zyg'iem, to znaczy o tym, że Michael odkrył zupełnie przez przypadek, że powierzchnia ziemi jest otwartym komputerem w powiekszonym egzemplarzu. 
Otóż Michael trochę podróżował z racji konferencji w różnych punktach i miejscach na ziemi, bo miał obowiązek dzielić się przekazaną mu wiedzą za pomocą źródeł różnych. 
Okazało się, że w hotelu na nocnym stoliku jakiś poprzedni okupant zostawił album ze zdjęciami. Na zdjęciach były świątynie antyczne widziane z góry i obok wyrysowane ich plany. Otóż Michael pomyślał na początku, że zdjęcie zdjęciem a plany wziął za części wyposażenia komputerów, bo był przemęczony. Dopiero za moment zdał sobie sprawę, że są to plany świątyń w rzucie z góry w poprzecznym przekroju. Światynie zbudowane z kamienienia o odpowiednich parametrach były rozmieszczone w newralgicznych punktach ziemi zwanymi czakramami. Gdy tak przeglądał kolejne zdjęcia i plany doszło do niego, że ziemia to powiększona kopia wnętrza komputera z zadziwiającą dokładnością co do pokrywania się detali porównawczych w innej skali. 
Od razu wiedział, że jest to jeszcze jeden argument czy dowód na istnienie i funkcjonowanie rzeczywistości holograficznej, że to co jest w najmniejszym wydaniu może być też powiększone lub rozdmuchane.
- To jest coś takiego, co oddali Kol'ę od jego codzienności na tyle, że wszyscy oddalą się na konieczny dystans od personalnych spraw codzienności na tyle, by przyjemnie spędzić czas.
Podeszła do swojej biblioteczki. Wyciągnęła wszystkie książki, w których mogła znaleźć plany świątyń antycznych i kamiennych konstrukcji niby z epoki kamienia i dalej w przeszłość. Potem poszukała biblii przecież musi znaleźć fragmenty o olbrzymach i zaznaczyć cytaty, z który jasno wynika, że ludzie są hybrydami ziemskiej matki i kosmicznego nasienia i że z takich związków powstali olbrzymi, cyklopi i siłacze zwani w greckiej mitologii bohaterami. 
Na chwilę stanęłą jak wryta. Przecież może swoich kupli poprosić o to, by każdy z nich zabrał ze sobą swój własny laptop.
Przede wszystkim zaproponuje trunka lub drinka jak kto woli - planowała - z tych zostawionych przez jej dzieci. Zyg już będzie wiedział co i jak. Musi tylko kupić jakiś sok i coś na ząb. 
Wysłuchają razem konferencji Michaela na Youtube. 
Pokazuje on tam odciski stóp wielkości człowieka zakodowane w granicie. Wszystko tłumaczy i opowiada bardzo przystępnie. 
Mogą się zatrzymać dla ciekawych aksjomatach dyskusji i penetracji materiałów na każdym z poszczególnych schodów. 
Najpierw na Nassin'ie Haramein'ie potem przejdą do numerologii. Z tego punktu na pewno do kwestii ziemii, która śpiewa niczym dzwon czyli do Niklla Tesla'i. A potem żabi skok do wafelków od lodów,... 
Hmm ... - pomyślała - tu kryje się zasadzka, bo lody i dwóch wygłodzonych samców (?)... 
- A - dała sobie spokój  - wszystko pozostanie w kwestii żartów. Najważniejsze, żeby dojść do Nowej Zelandii i faceta co zbydował księżycowy ogród lub Pałac koralowy o ile teraz do dobrze pamięta, czy może to raczej było na Florydzie? - zastanawiała się. 
- Potem lewitacja przedmiotów  poprzez dźwięk - brnęła dalej poprzez konieczny w jej wyobrażeniu plan wydarzeń.

czwartek, 6 marca 2014

Serce cdn

"... Life is a paradise for those who love many things with passion..." 
                                                                                             - z  stickyquotes.com

"... This morning with her
having coffee..."

- Johnny Cash, when asked for his description of paradise. 



- Poczekaj zanim do mnie przyjedziesz wrzuć sobie dwa filmy i je obejrzyj - zarządała Gwen. 
- Tak? To w takim razie spotkamy się jutro? 
- Eeee, dzisiaj ale obejrzyj te filmy.
- Dawaj...- powiedział Zyg w dotowości do notowania.  
- Pierwszy to ma tytuł "Accepted" a drugi; "Expelled, no intelligence wanted". 
- Brzmi interesująco - powiedział Zyg, słuchaj ale ja będę na prawdę późno. 
- Damy radę dużo jest do obgadania, wyśpimy się potem. 

- Tak w ogóle to dobrze się dzieje, że zmiany i gęste świadome transformacje Jol'i, Jolluchy, Marii, Cyntii, Gwen a teraz Lajo i częste przeskakiwanie z jednego poziomu świadomości w inny są tylko na moim własnym podwórku - zdała sobie sprawę Gwen/Lajo. 
Wypiła łyka przygotowanej czarnej, gorącej El grey i postanowiła dodać.
- Gdyby wszystkie postaci zarówno w mojej rodzinie jak i z grona moich znajomych zaczęły się tak dynamicznie zmieniać jak ja sama to miałabym na prawdę duży kłopot - podsumowała i zatopiła się w refleksji.
Przecież wszyscy członkowie rodziny a nawet same wydarzenia są zawsze odbiciem jej własnej osoby są jej lustrem i są na potrzeby jej rozwoju. W ramach tworzonego scenariusza dla ciągłości faktów potrzebuje oparcia w ciągłości sytuacji a tę tworzą wciąż pojawiające się te same osoby. 
Jej obie córki, ich ojciec mieszkający ze swoją starszą siostą, Micho jej przyjaciel, który chwilowo puścił farbę lub dąsa i trudno wyczuć o co(?), Jej mama czyli Myszka jej obie siostry starsza Raż'ka i młodsza Arl'a i całe rozległe grona oraz zbiory jej przyjaciół i znajomych. 
Dopiero w czasie pisania kartek zdała sobie sprawę jak wielu zna ludzi i z jak wieloma łączą ją mniej lub bardziej kultywowane kontakty. 
- O jeszcze zapomniałam o najnowszym i najbardziej cennym dodatku Zuli - upomiała siebie samą.
Ostatnio obiło jej się o uszy chyba na prelekcji Michael'a Tellinger'a, że Zula to tyle co istota przychodząca z nieba. 
- Nawet do niej pasuje - zapewniła sama siebie bardzo nagle zadowolona. 
Wyczytała też w jednej z wersji Biblii, że Lylli to była pierwsza żona biblijnego Adama, która została potępiona za brak posłuszeństwa względem Boga i męża w skutek czego została skazana na zapomnienie przez potomnych. Nawet trudno jest dzisiaj dociec czy są jakieś gałezie ludzkich rodów sięgające jej genów. 
- Ale skoro Adam i Ewa mieli tylko dwóch synów to przecież skoro wszyscy obecnie żyjący ludzie są potomkami pierwszej pary to gdzieś musieli znaleźć swoje partnerki lub żony(?)... - zadumała się Lajo. 

Rozmowa z Zyg'iem zaczęła się od wspólnie oglądanych filmów na You Tubie o tym o czym mówił kandydant na prezydenta.
Okazało się, że tak na prawdę zarówno Michael'owi jak i Lajo mniej zależy na samej prezydenturze co raczej i do tego Lajo jest całkowicie przekonana, że kandydowanie na prezydenta przyniesie rozgłos i zasięg informacji i idei, które dla dobra ludzkości szerzy i propagune założyciel organizacji i partii politycznej Ubuntu. 
- Wiesz on prędzej czy później wygra, bo on idzie z nurtem potrzeb globalnych a te są wpisane w rozwój galaktyczny czyli także na ziemi... - powiedziała Gwen.
- Ale super chętnie się zabiorę z Wami, ale czy możecie poczekać aż wezmę urlop? - O tym akurat myślała tylko przez moment i to w bardzo początkowej fazie i teraz ją zaskoczył. 
- Wiesz kampania jest w pełnym rozruchu i my musimy zacząć działać od teraz, ja też muszę zawiesić moją twórczość, bo warunki na pisanie mogą się okazać żadne lub nijakie... 
- Bo wiesz, chciałbym zobaczyć przy okazji Afr i zwiedzić, bo podobno są tam krajobrazy, które wbijają się w człowieka na całe życie, ale... 
- A bezpłatny? - wpadła mu w słowo.
- Pogadam z szefową ale wątpię, teraz mamy ostry zakręt. wiele kompanii zwalnia ludzi i trzeba będzie korzystać z konieczności dopilnowania swojego krzesła użalał się nad sobą Zyg i widać było, że wije się niczym przypiekany węgoż na patelni.
- A rozważałeś zostanie tam? 
- Wcielenie się w jakąś działającą już grupę Ubuntu i zaczęcie życia od podstaw? 
- Bez pieniędzy? 
- Tak.
- To byłoby na prawdę trudne, bo przywykliśmy do pewnego rodzaju... - zaczął się ubezpieczać rakiem.
- Przywykliśmy do pewnego wizerunku siebie, który tworzymy dla potrzeb systemu i z powodu tego, że tak jest wygodnie dla tych, którzy też się do tego przyzwyczaili i jest im to po prostu; żyją powtarzanym modelem, który się wypalił i zdeaktualizował.
Zmiany zaczyna i  kreuje zawsze ten, któremu jest trudniej wytrwać w narzuconym jarzmie czyli osoba, która bardziej cierpi. 
- Prawda, że mi jest po prostu dobrze i wygodnie tam gdzie jestem a każda zmiana to wysiłek przystosowania się.
- Wiesz co?, Michael i jego frakcja potrzebuje pasjonatów i ludzi zdecydowanych oddanych sprawie w stu procentach zamiast takich "michi mashi" i ślepych kretów - powiedziałą zrezygnowana Gwen. Po tym jak się rzucałeś jak kot w worku wczoraj myślałam, że jesteś na prawdę za tym aby coś ruszyć swoim przykładem.
- A ty? 
- Co ja? Jeżeli już chcesz wiedzieć to uważam, że jak to powiedziała Toni Morrison; "... If you surrender to the wind you can ride it..."  
- Jeżeli poddasz się się powiewom wiatru możesz na nich pofrunąć? tak? - przetłumaczył Zyg'i. 
- Dla mnie to jest prawda. - orzekła Gwen z całkowitym przekonaniem. 
- W porządku znamy się na tyle, że mogę Tobie przyznać, że to jest prawdą dla wszystkich ale przecież z moich wszystkich znajomych tylko Ty zmieniasz swoje imiona jak inne dziewczyny sukienki lub czasami peruki, ja należę do trwałych i zaskorupiałych  modeli czasami tylko uda mi się kogoś zaskoczyć na moment i wówczas czuję się jakbym dosiadł jakiegoś bawołu na arenie kowbojskiej. A tak w ogóle to wiesz jak jest ze mną.
- No to co mogę na Ciebie liczyć? 
- Gwen ja z Tobą wszędzie i zawsze i obojętnie czy będziesz Cynt czy Lajo wszystko mi jedno i nawet mi się to podoba, że za następnym powiewem przykleisz się do innego podmuchu i znów będziesz wszystkich dookoła agitować i przekonywać do swoich racji... mówił dosyć smutny nagle Zyg.
- Przecież jestem 55 lub tak wygląda moja droga poczytaj sobie w numerologii 5 + 5 = 10 czyli jedenka wzmocniona zerem... Zawsze będę głosić i zasiewać rewolucyjne poglądy, wyznaczać nowe ścieżki i będę pionierką na nowych szlakach... a ponieważ na krawędzi prawdy potrafią się utrzymać zawsze tylko nieliczni więc jestem z góry przygotowana, że wybierz ciepełko w pracy i krzesełko za podatki i się schowasz  pod stosami przepisów... - powiedziała rozgoryczona.
- Gwen przecież wiesz... - zaczął Zyg i spuścił głowę.
Gwen tymczasem znalazła fragment listu, który napisał do niej Micho i pomyślała, że tyle razy jej przeszkadzał i tak chciała znaleźć sposób by się go pozbyć, że się w końcu zmył lub ulotnił. 
Pochyliła się nad tekstem i zaczęła czytać; 

"...A witaj Cyntio w Poniedziałek,
właśnie obudziłem się nie tak dawno, tzn trochę wcześniej ale jeszcze przysnąłem raz, co mi się zdarza...
Coś zachmuszony dzień i padało w nocy... muszę podjechać z Mazdą, bo znalazłem tutaj takiego jednego "machera" od Mazdy popytać go o parę spraw. 
A potem jadę jeszcze do ciotki, bo z rodzicami...Po zabiegach tego terapeuty chyba lepiej jest z moją nogą. 
Jak to wszystko załatwię to zobaczę co się będzie dalej działo...Muszę z jeszcze z jedną babką pogadać co dalej, bo mam jej stronę poprawić.. 
To tak na razie tyle..."
Lajo uśmiechnęła się do siebie. 
Życie przez możliwość przejrzenia się jego wymiarą i strukturze przez oczy Micho było mniej skomplikowane, wesołe, zabawne, lekkie i miłe, bez zakrętów. Byli bardzo różnymi ludźmi. 

- Ale czy Ty mnie właściwie słuchasz? - chciał wiedzieć Zyg. 
- Oj przepraszam zamyśliłam się - usprawiedliwiła się Gwen chcąc sobie przypomieć o czym tak właściwie rozmawiała ze swoim przyjacielem i dlaczego tu właściewie jest. 
Zyg miał swoją przystojność i twarz też miał pełną wyrazu. Szczupły, a nawet wątły, o inteligentnych rysach trochę przyniszczonych przed radzenie sobie z czasem oraz poprzez zapijanie robaka. Włosy miał gęste lekko przypruszone siwizną z wyraźnymi zakolami nad  powiększonym obszarem czoła. 
Był być może w guście wielu kobiet, ale dla niej przyjaciel... 
Spojrzała pytająco na swojego towarzysza i zasłoniła się kubkiem wystygłej herbaty.
- Zrobić Tobie drugą, świeżą a może chcesz coś wrzucić na ruszta, moge odgrzać warzywną lub kaszę? 
- Daj spokój ja Tobie mówię o ważnych rzeczach a Ty mi z herbatą wyjeżdżasz? - powiedział Zyg z wyraźną pretensją w głosie. 
- A co mówiłeś? Przyznam się, że się trochę pogubiłam - mówiła przepraszającym głosem patrząc na zgnębioną posturę przyjaciela z dawnych lat. 
Poznali się Amer, przez znajomą, która w tym samym budynku co Gwen pracowała w tym samym czasie dla teatru w Bydzi a dowiedziały się o tym dopiero w St, bo zamieszkały na tym samym osiedlu. Ona była jedną z późnych trojaczek i miała cztery starsze siostry. Dzieje jej życia były takie, że na jakiś czas ze względy na warunki rodzice musieli oddać trojaczki do sierocińca, bo inaczej cała rodzina umarła by z głodu i z braku podstawowych zabezpieczeń każdego możliwego rodzaju. 
W sierocińcu poznała Zyg'iego i była to taka przyjaźń z nią i jej dwoma pozostałymi siostrami na całe życie. On wrócił do Bydzi jakoś tak krótko po tym jak przyjechała tu Gwen, a Lyd'a wyniosła się z osiedla obsadzonego płaczącymi wierzbami, bo z Włod'em kupili dom. Mieli syna, który na imię miał Oktav. 
Gwen do końca życia zapamiętała, że jak mąż Lyd'i zabrał ich syna na wakacje do Pl, a ona została, bo musiała, ze względu na pracę, to potem codziennie mówiła do Gwen wówczas Marii, że już jej trudno się doczekać Okta, bo tak bardzo chciałaby mu za coś przyrżnąć na dupę, aż ją ręka świeżbi. 
Lyd malowała Lajo włosy, bo wiadomo ile chcą za taki zabieg fryzjerzy a Lajo zarówno teraz a także jako Maria miała za małą cierpliwość, żeby stać przed lustrem.
- Mówiłem, że napisałem piosenkę dla Ciebie na gitarę i mogę Tobie przeczytać tekst - wysypał się Zyg. 
- Co Ty? w jakim języku? - zapytała Gwen i poczuła, ze zaraz się zwalą na nią wały błota z jakieś lawiny po burzy a ona popłynie razem z rzeką mazi zupełnie bezbronna. 
- "... She who leaves a trail of glitter is never forgotten... - zaczął Zyg i widać było, że trochę się wstydzi a trochę mu głupio. 
- Przestań! Stop! Wróć! - wykrzyknęła Lajo i stanęła na równe nogi wstrząsając się jakby ktoś podlał ją ukropem.
- Wiedziałem - powiedział zrezygnowany i przybity Zyg.
- No i sprawa się rypła - zdecydowała Gwen 
- Oj wiem, chciałem Ciebie tylko uprzedzić, że jak razem pojedziemy to... 
- Jak to dobrze, że zanim rozmawiałam z Aniołem najpierw chciałam to ustalić z Tobą - powiedziała w powietrze i kontynuowała zaraz jak tylko mogła spuścić oczy, które wzniosła do sufitu swojego salonu w poczuciu zalewającej ją fali wdzięczności. 
- Wiesz Zyg, przypomniałam sobie, że właściwie muszę zostać na miejscu, bo ja podpisałam kontrakt na napisanie powieści a taki wyjazd wszystko by zniszczył... A tę piosenkę przeczytaj innej dziewczynie na pewno się Tobie nawinie. 
- Wiedziałem -  powiedział Zyg. 
- Tyle razy już to przerabialiśmy i ostatnio twierdziłeś, że jesteś już zupełnie wyleczony i  przekonany o naszej przyjaźni zamiast ciągłych prób i ryzyka  oraz narażania mnie na takie chece. Czy na prawdę musimy się roztać tak by spalić mosty naszej znajomości? - zapytała Gwen. 
- To z Afr się rypło? - zapytał retorycznie Zyg. 
Gwen pokiwała głową. 
Rozejrzała się po pokoju. Głupio jej było w zaistniałej sytuacji wyprosić znajomego. Chciała poszukać czegoś o czym mogła by zahaczyć ciąg ich kontynuacji w przyjacielskiej atmosferze, chociażby tylko na dzisiejszy wieczór. 
- Wiesz co on ostatnio odkrył? 
- Kto ? 
- No Michael.
- A ten Twój z Afr... - pokiwał głową Zyg.
- Chesz piwa? 
- A miałabyś coś mocniejszego? 
- Chyba trafiłeś pod zły adres... chociaż poczekacj... moje dzieci zostawiły jakieś resztki choć zobaczysz, piwa wstawiły do lodówki to je tam widziałam, ale zawsze nakupują różnych trunków i stawiają je w kącie za kredensem i zazwyczaj czekają na nich do następnego przyjazdu więc może coś sobie przyrządzisz? - powiedziała Gwen wskazując drzwi do kuchni. 
Zyg coś tam nalewał mieszał smakował. Okazało się, że miała tylko puszkę ananasów i brzoskwienie w soku, otworzył obie puszki, więc Gwen miała deser z odrzutu.
- To co on odkrył ostatnio? - mówił z wyraźnie poprawionym humorem. 
- Wiesz, że w Biblii pisze o Goliatach i olbrzymach..- zaczęła. 
- Wiem... wiem, ale zawsze to traktowałem symbolicznie. 
- Mówiłam Tobie o moim Aniele i że czasami mogę rozmawiać z jego żeńskim lub męskim aspektem? 
- No niby oni mieli nas zabrać do Afr? 
- Ano właśnie. Otóż ten mój Anioł w dwóch osobach on twierdzi...
- Szkoda że w dwóch bo w trzech to się jakoś tak lepiej kościelnie kojarzy...
- Wiesz jaki mam stosunek do instytucjonalizowanej władzy kościelnej? - powiedziała groźnie Gwen.
- Aj o co mi z JPII wyjeżdżałaś wcześniej? 
- Bo wiara jest wiarą, kościół kościołem i zdarza się, że religia i kościół jest kolebką kształtowania się duchowości wielkich ludzi i tak jest w przypadku JPII, ale tak na prawdę wielu jest świętych między nami, takich zwyczajnych, którzy po prostu przeminą bez zauważenia i po cichu.
- O tak? 
- Oj codziennie spotykasz świętych i aniołów a myślisz, że to zwyczajni śmiertelnicy...
- Ach, coś mi kiedyś już tłumaczyłaś... 
- Chciałam Tobie powiedzieć o odkryciach Michael'a...
- No przecież słucham powiedział Zyg beztrosko pełen dobrych intencji oraz zaświeciły mu się oczy. 
- Co on znowu wykombinuje? - przemknęło przez głowę Lajo.
- "Dobrymi namieremniami wymoszczena daroga w ad" - powiedziała po rosyjsku, żeby sobie ulżyć.
- Co mówisz? - dopytywał się Zyg.
- A nic Ty pijesz a mi się plącze język - skomentowała czując się całkowicie bezpieczna.
- Pewnie od zapachu na ludzi wrażliwych to nawet działają same opary. 
- Wydaje się, że jestem trochę za daleko - pomyślała sama dla siebie a głośno zaczęła:
- No więc jest cały szerego odkryć o które można się oprzeć ale najpierw zacznę po ludzku od wstępu - zadeklarowała się Gwen. 
-Twój głos w moich uszach to jak najpiekniejsza melodia - powiedział on i trudno było orzec czy sobie drwi czy na prawdę coś knuje niby przez przypadek.
- Zyg~!!? 
- Co Ty przecież sobie jaja robię i ze mnie i tak aby się Tobie podrażnić... - powiedział i popił żółtej substancji, od której wyraźnie się lepiej poczuł. 
- Historia naszej planety jest bardziej skomplikowana niż ktokolwiek z nas może sobie to wyobrazić - zaczęła Lajo poważnie. 
- I on na grzebaniu w historii zawiesza wszelkie swoje argumenty, słaba agenda wydaje mi się, ze marne ma widoki jeżeli chodzi o prezydenta - zawyrokował zadowolny nad wyraz  Zyg.
- Poczekaj i przestań przeszkadzać objecałeś pamiętasz - zezłościła się Gwen/Lajo znów całkiem na poważnie.
- Czym bliżej schodzimy lub przybliżamy się do naszej planety tym bardziej możemy dostrzec jak głęboko jest poryta różnego rodzaju podziałami.
- To sie zgodzę dyskryminacja jest wszędzie, bo o to zdaje się być oparta mentalność i natrura zarówno zwierząt jak i ludzi.
- Zaraz wszystko generalizujesz. Chodzi o to, żeby się zmieniać i odchodzić od wzorów, które powielają i są oparte o przemoc, zastraszenie i lęki w celu podtrzymania statusu nielicznych kosztem tych dźwigających cięższą dolę. Popatrz na przykładzie jakiejkolwiek rodziny jak mało jest jednostek działających w oparciu o miłość. Znam kilka takich osób i są one światłem mojego życia. 
- Bezinteresownie zaangażowanych w czynienie i rozpowszechnianie dobra tak?
-  Są i takie, że w ramach lęków wciąż przeszkadzają innym, bo chcą zachować skórę wizerunku bez skazy. O ile jednak taki wizerunek jest pozornym opakowaniem to prędzej czy później pęknie i się rozleci. 
- Bo to wszystko jest na prawdę skomplikowaną machiną obliczoną na nasze słabości - użalał się Zyg uśmiechając się przy tym usprawiedliwiająco czy przepraszająco.
- Cała ta machina, o której mówisz jest tak sprytnie konstrukcyjnie i kreatywnie wyegzekwowana, że stwarza podwały do stałego działania nas samych przeciwko bliźnim czyli nam samym. W tym procesie generujemy energię, którą się żywią Ci, którym zależy na uginaniu się szerokich rzesz przez angażowanie się w mniej lub bardziej doskwierające konflikty.
- O,ooo,o,o to. Czy myślisz, że konflik na Ukr jest jak najbardziej wygenarylizowany i zaplanowy.
- Tak. 
- Też coś do mnie dociera.
- I właśnie gdy dotrze do nas tego rodzaju świadomość czy wówczas podniesiemy rękę czy nóż przeciwko bliźniemu swemu wiedząc, że wszyscy jesteśmy jednością. Ty w jakimś wydaniu i w równoległym świecie możesz być mną a Ja dla przykładu Putinem, który jest nakręcony jak marionetka dla zabawy i generowania energii koniecznej jako pożywienie dla istot o zamiarach niecnych lub tylko chcących przetrwać na tych samych zasadach na których my obchodzimy się z wyczynową hodowlą zwierząt uznając je jako istoty niższe i o niższej świadomości.
- Ale numer! - zawołał Zyg - ale jak z tego wyjść??! 
- Powoli i rozsądnie. Bez nagłych skoków - najważniejszy jest dostęp do informacji, bo na początku jest zawsze słowo. 
- Słowo ciałem się stało. Mam wrażenie, że oni w Biblii i wszędzie poukrywali kody i wycierają nam je w twarz i mają zabawę. 
- Tak to właśnie jest popatrz na filmy; my je traktujemy jako bajki gdy tymczasem to są skarbnice informacji i przekazów...
- W filmach i w książkach jest wszystko tylko zakodowane i mało przejrzyście takie bawienie się z nami w zagadki i w rebusy - uśmiechał się do siebie Zyg.
- Być może jest to jakieś przysyłanie kodów, żeby możliwe było zalepienie cenzury pamiętasz jak było za czasów okupacji lub żelaznej kurtyny. Teraz podnosi się globalna.
- I tak już będzie zawsze na tym polega wędrówka dusz? 
- Prawdopodobnie, bo takie są przecież zasady holeogramu i geometrii sakralnej, której jesteśmy elementem i składnikiem po prostu pionkiem całości - potwierdziła zatopiona w zamyśleniu ona.
Wobec ciszy ze strony partnera rozmowy usiłującego coś dla siebie rozstrzygać na terenach prywatno - intymnych Gwen podjęła przerwany wątek wyraźniej sadowiąc się w fotelui i szczelniej okrywając się pledem. 
- Czy znasz obraz Paula Gaugin'a zatytułowany "Skąd przychodzimy, kim jesteśmy, doką idziemy?" 
- Oj, każdy zna.
- Powiedzmy że wielu - powiedziała Gwen i kontynuowała dalej - to jest odwieczna i największa ludzka zagadka. 
- Widziałem na Fa wciąż załączasz zdjęcia tego faceta jak mu tam? 
- Myślisz o archeologu, który się poprzez środki masowego przekazu uchronił przed wyrugowaniem swoich odkryć w systemie nauki konwencjonalnie dopuszczalnej i propagującej tylko i wyłącznie dowody popierające teorię Darwina prawda? 
- No właśnie jak on się nazywa ten od długogłowej cywilizacji, która istniała przed naszą? 
- Brien'a Foerster'a? 
- No właśnie jego odkrycia są rozwalające.
- I dlatego to jest takie optymistyczne, że na każdym zakątku świata i w każdej niemal dziedzinie konwecjonalne szwy narzuconej iluzji pękają powoli i pokazuje się prawda. Jest to wyścig między tymi siłami, które nas chcą do końca kontrolować a nawet doprowadzić co następnego apogeum w apokalipsie globalnej a naszym przystosowaniem się do pozytywnego wykorzystania udostępnionej nam prawdy bez chęci odwetu i wymierzania sprawiedliwości, bo istniejemy i jesteśmy przez dualnośc natury. 
- Oj teraz to coraz bardziej rozumię - powiedział w zamyśleniu Zyg.
- Wiesz, że tak się dzieje w każdej dziedzinie między innymi w chemi i w fizyce w astronomi, wszędzie...-  Gwen rozwinęła ręcę przed siebie i zakreślając przed sobą okrąg dla zilustrowania powagi i zakresu swoich słów.
- Uważaj, bo wylejesz - powiedział Zyg patrząc na kubek trzymany przez zaangażowaną w rozmowę Gwen.
- Wiem, patrzę i uważam... - żachnęła się.
- Słyszałem o teorii strun - sięgnął po swoje zapasy wiedzy Zyg chcąc pomóc swojej przyjaciółce jednocześnie starając się obserwować kubek w dłoni Gwen kończący swoją wędrówkę spuścił oczy i wówczas Gwen stuknęła kubkiem o brzeg stołu rozchlapując trochę znów przestygłej herbaty. 
- Chodź przejdziemy do kuchni, bo muszę sobie zrobić następną, ciepłą zimna jest mało ciekawa w smaku...
- To ja sobie zrobię jeszcze jedgnego drinka -  poderwał się z kanapy Zyg - Masz jeszcze jakiś sok. 
- Tylko żurawinowy kupny lub z czarnego bzu na przeziębienie robiony kilka lat temu przeze mnie ale wciąż dobry.
- Chcę czerwony.
- Z żurawiny w takim razie - powiedziała Gwen sięgając po butelkę z drzwi lodówki.
- To słyszałaś o teorii strun - podjął rozpromieniony Zyg.
- Każdy słyszał, tylko mam nadzieję, że znasz swoje kurki czy poziomy, bo u mnie możesz się tylko przespać dzisiaj na konapie w salonie a jutro do widzenia Genia.
- Fajnie, to mówisz, że słyszałaś? - drapał Zyg'a w tym samym miejscu. 
- Wiesz ostatnio zespolone odkrycia wielu nauk pozwoliły na wysunięcie teorii, że galaktyki i mega kosmosy istnieją i są dzięki teorii dźwięku a konkretnie resonansu, wibrowaniu i frakcyjności tego stale utrzymanego poziomu wibracji. Ostatnio coś się zmienia w tej kwestii i dlatego wszystko się też przeobraża wraz z naszą świadomością. 
- O tak? 
- Okazuje się, że dźwięk a dopiero potem światło jest największą potęgą istniejącą u podstaw wszelkiej kreacji tak jak religii a także poziomu świadomości razem z tą która jest gwarantem naszego rozwoju i naszego stawania się. 
- To wszystko ciekawe i nawet się pokrywa z obserwacją tego co jest dostępne dla zwykłego śmiertelnika. Dźwięk jest ważniejszy niż obraz...Obraz to jest wizerunek bardziej ograniczony mimo wszystko - podsumował w pełni zadowolenia cedząc przez zęby to co najwyraźniej zadawala go ponad normę.
- Widzisz jak to było w chrześcijaństwie; Najważniejsze jest słowo. Bóg powiedział; Niech się stanie światłość i nastało światło. Pierwszy był dźwięk a potem obraz. Tak samo w Biblii możesz znaleźć "A słowo ciałem się stało". W hiduiźmie natomiast masz sześć postaci wyrazu "Om". W Egipcie jest to pieśń, która jest początkiem wszystkiego czyli też i jak najbardziej dźwięk. 
- No tak jak się podoba dźwięk to można się wzruszyć do łez - wyciągnął logiczny wniosek Zyg.
- Wzruszyć do łez można poprzez każdy zmysł ale słowo czy dźwięk uruchomiają emocje najszybciej i najbardziej - popatrz na język i możliwość porozumiewania się chociażby. 
- A to masz rację do kobiety należy mówić a mężczyzna woli sobie popatrzeć, przestań się tak zasłaniać w kółko - uruchomił się Zyg.
- Oj przestań, po pierwsze zimno mi a po drugie jeśli za dużo wypiłeś to już teraz mogę Tobie zrobić spanie i dokończymy kiedyś tam. 
- Już ja wiem, co u Ciebie znaczy kiedyś tam, potem będziesz wciąż zajęta - poskarżył się przed sobą.
- No to wstrzymuj się - poprosiła Lajo patrząc na przyjaciela i szukając w jego oczach zrozumienia.
- No tak, dobrze - skinął posłusznie głową. 
- Znasz Zus? - zapytała.
- Chyba nas sobie kiedyś przedstawiłaś taki rudy łepek? 
- No właśnie, wiesz, że ona uwielbia Nassin'a Haramein'a? 
- Oj no jasne jest go za co lubić i poważać - uznał. 
- On z kolei mówi, że wszystkie religie, wierzenia, przkonania funkcjonują w oparciu o zasady geometrii sakralnej przez wszystkie istniejące równoległe cywilizację czyli ich nieskończona ilość, bo wszystko istnieje w jednym momencie... 
- A o czasie też już się nasłuchałem, że niby jest iluzją i produktem ubocznym, i że każdy z nas jest jednocześnie zarówno energią kamienia dla przykładu jak i powiedzmy Ty mną a ja Tobą, to wszystko jest za trudne do objęcia ale jak najbardziej teoretycznie powiedzmy przyjmuję te wszystkie rozważania i jakoś mogę je w sobie upchać po kątach. 
- Bo my wszyscy i wszystko jesteśmy jednością, bo jeśli byłoby inaczej to na jakiej podstawie wydawało by się nam tak prawdziwe to co napisał dla przykładu Paulo Coelho; "... Najważniejsze spotkanie odbywają się w duszy na długo przed tem zanim spotkają się ciała..." wyrecytowała i zasłoniła się kubkiem z herbatą przełykając łakomie rozlewającą się przyjemną i błogą ciepłotę pochodzącą z płynu. 
- Dobrze Tobie, bo tak mrużysz oczy - skomentował obserwując ją zachłannie i nieco nachalnie.
- Czy Ty słyszałeś co właśnie zacytowałam.
- Właśnie to co powiedziałaś sprowokowało mnie aby się Tobie przyjrzeć, bo potwierdza to tezę, że mieliśmy się spotkać i teraz i kiedyś tam także.
- Oj to dotyczy szerszego aspektu niż tylko poszczególnych duetów, każdy słyszy to co chce usłyszeć - powiedziała nieco nafuczona i spojrzała w okno być może spodziewając się pomocy od jednej z zasłaniających ulicę Tui. 
- Wiem, wiem Nikola Tesla powiedział, że ziemia brzmi jak dzwon i podobno każda planeta gra własną melodię więc tak sobie myślę, że kosmos jest jak orkiestra symfoniczna. 
A mi się wydaje, że ziemia i kosmos dla każdego proponuje jego własne wyobrażenie o tym jakiego rodzaju rozprzestrzenia dźwięk, czy bukiet zapachu. Dla mnie ziemia brzmi tak jak ptasia wyspa latem.
To dziwne dzisiaj w przychodni spotkałam dziewczynkę o dwa tygodnie młodszą od Zulki. 
- Powiesz mi co on odkrył ten Twój Michael?
- Później.